avatar blog

Faranji time

Budzenie chartumowych wlascicieli hotelowych i dostanie sie na dworzec autobusowy w Chartumie rzeczonym zajelo nam troche czasu, wiec pierwszy bus do przygranicznego Gallabat via Gedaref pomknal w sina dal bez nas. Po kilku niezbyt wnikliwych kontrolach i oficjalnym wyrejestrowaniu sie z tego pieknego kraju, bylismy juz w drodze do Gallabat, gdzie po kolejnych kontrolach w kolejno Security Office, Immigration Office i Passport Office (a niby co nam sprawdzali w poprzednich dwoch?!) bez zalu opuscilismy ten policyjny kraj milych ludzi i przejsciem przez symboliczny most w Metemie dostalismy sie na strone etiopska.
Ow kraj, dumny z tego, ze jako jedyny na kontynencie nie ulegl kolonizacji i dochowal sie wlasnego jezyka, a nawet czasu (uzywaja 12-godzinnego zegara w dwóch cyklach - od switu o naszej 7.00 i drugi od zmierzchu o naszej 19.00. A w ogole to mamy rok 2002, bowiem etiopski kalendarz julianski jest co nieco opozniony wzgledem gregorianskiego), przywital nas rojem much i niepospolitym zainteresowaniem naszymi skromnymi osobami. Kiedy tylko przystawalismy na moment sprawdzic cos w przewodniku, z miejsca otaczal nas wianuszek gapiow w roznym wieku z oczami przerazajaco w nas wlepionymi, z otwartymi ustami sledzacych kazdy nasz ruch. Oprocz tego jednak Etiopia, prawie w polowie chrzescijanska (choc na swoj sposob), necila tez obietnica piwa i pieknych, jakze bardziej frywolnych od Sudanek, kobiet, co w polaczeniu z mozliwoscia obejrzenia meczow rozpoczynajacego sie wlasnie poludniowoafrykanskiego mundialu oznaczalo ni mniej, ni wiecej tylko nagle zaspokojenie wszystkich podstawowych meskich potrzeb.
Niczym druzyna pierscienia w drodze do Gondoru, my chcielismy byc juz jednak w drodze do Gonderu - niegdysiejszej stolicy Etiopii, miasta wpisanego na swiatowa liste dziedzictwa kulturowego, zwanego afrykanskim Camelotem z racji na zamkowa zabudowe. Zrazu nam sie nie powiodlo, gdyz tu tez nie jezdzi sie noca. Jedna z przyczyn jest kwestia bezpieczenstwa, druga zas sa... krowy. Nowo wybudowane przez Chinczykow drogi w tej czesci Etiopii sluza glownie pasterzom, prowadzacym bydlo na lub z pastwisk noca. A jako ze krowy odblaskow nosic nie zwykly...
Metema co prawda korcila tutejszymi 'Snake Barami' i 'Trean Housami' (pisownie oryginalna - to drugie mialo w zamierzeniu pomyslodawcow po czesci odnosic sie do slowa 'drink'), ale znalezlismy za totalnie zdziercza stawke transport do miasteczka w polowie drogi do Gonderu, wiec i skorzystalismy. Tam objawil sie kolejny nasz aniol stroz, ktorym tym razem okazal sie Admasu, z wygladu ludzaco podobny do Gandhiego tudziez - bardziej lokalnie - do legendarnego etiopskiego przywodcy Heile Selassie. Rzeczony Admasu (po amharsku 'horyzont') byl regionalnym urzednikiem ministerstwa handlu, ktory wlasnie wizytowal swoje wladztwa. Nie tylko mowil dobrze po angielsku i odstraszyl napastujacych nas werbalnie naciagaczy, nie tylko pomogl znalezc nocleg i dopilnowal, by cena koziego miesa z plackiem wraz z kilkoma browarami Dashen (zimne, pyszne i lekkie) byla lokalna, ale tez... zaoferowal, ze nazajutrz o brzasku zabierze nas swoim urzedowym wehikulem do Gonderu! Spokojni o jutro obejrzelismy wiec bramki z meczu otwarcia pierwszych pilkarskich mistrzostw swiata na Czarnym Ladzie (RPA - Meksyk 1:1) oraz pierwsza polowe niegodnego uwagi widowiska, pt. Urugwaj - Francja (0:0) i udalismy sie na spoczynek do naszych parszywych pokoi. Tak, tak - pokoi. Tu nie wolno dwom facetom wynajac jednego pomieszczenia, choc trzeba zaznaczyc, ze tubylcy nie okazali sie zbyt konsekwentni w swoim konserwatywnym podejsciu, jako ze dziwnym trafem Piotrek trafil do pokoju z czerwonym swiatlem i kilkoma prezerwatywami w szufladzie. O wychodkach nie mowie nic, bo i nie ma o czym...
O 5.00 rano (przekleta 5.00 rano!) wyruszylismy do Gonder w akompaniamencie ministerialnych urzedasow, przebijajac sie z wolna przez hordy krow (nowa definicja okreslenia 'bydlo na drodze'). Juz na miejscu spotkala nas jako taka cywilizacja w postaci miasta oferujacego pokoje z lazienka i ciepla woda. Wykapalismy sie, ogolilismy, zjedlismy po omlecie na sniadanie, wypilismy herbate z cynamonem i zjawiskowy sok z mango, by ostatecznie zauwazyc, ze jest dopiero 10 rano. Oczywiscie, mowie o faranji time, czyli czasie wedlug zegara przyjezdnych, bowiem dla Etiopczykow byla juz 16.00.
Mijal tydzien od wyjazdu z kraju i postanowilismy na te okolicznosc godzinke sie przespac.

Napisał adrian dnia 2010-06-14 o 00:45:03








Dodaj komentarz