avatar blog

Asuanski Haron

Asuan przywital nas nocnym upalem i obietnica przebicia sie do Sudanu w jedyny mozliwy sposob: promem do Wadi Halfy po najwiekszym na swiecie jeziorze uczynionym ludzka reka: Jeziorze Nasera na Nilu, ktory swa nazwe wzial od pierwszego prezydenta Egiptu. Zapytani o bilety na ow statek, tubylcy albo rozkladali rece, albo przerazali nas wizja tego, co trzeba bedzie komu zrobic, zeby te przedmioty pozadania zdobyc... Raczac sie lodzikiem w miejscowym McDonald's (normalnych hamburgerow z religijnych przyczyn brak), wykonalismy telefon do wymienionego z imienia i nazwiska w przewodniku organizatora wycieczek 'wszedzie i zawsze', ktory to osobnik wlal w nasze stroskane serducha odrobine spokoju, stwierdzajac, iz zdobycie biletu jest 'no problem'.
Nazajutrz, w dniu, w ktorym prom mial planowo wyplywac (czyni to w poniedzialki, czasem w piatki), objawil nam sie inny pan zycia i smierci, niejaki Salah, ktory po kilku telefonach na przypadkowo zdobyty numer sprzedal nam dwa bilety na cumujacy skromnie przy High Dam statek. Salaha poszukiwali i obsypywali blaganiami wszyscy w otoczeniu kilkuset metrow, bowiem to on, tutejszy Haron u wrot portu, pozwalal tej egipsko-sudanskiej masie ludzi uginajacej sie pod ciezarem sprowadzanego z Egiptu sprzetu wszelkiej masci, wplynac do Sudanu.
Lodowki, telewizory, monitory, tudziez odbiorniki satelitarne, wiatraki, rozne rozniste stroje czy dywany (nazwij to, oni to ze soba mieli), przeprowadzano przy nas przez kaskade kontroli paszportowo-celnych - przedsmak wszedobylskiej sudanskiej biurokracji.
Juz na pokladzie, zaraz po przecisnieciu sie na absolutnie niezdatne do spania siedziska, szybciorem zapoznalismy pare Finow (planowana 7-miesieczna podroz w dol Afryki) i dwie poslugujace sie arabskim Szwajcarki, ktorzy to osobnicy stali sie naszymi kompanami na kilka najblizszych dni. Rownie szybko okazalo sie, ze oni tez zakupili 'ostatnie' bilety od Salaha, ale to my zdobylismy je jako zdecydowanie ostatni z tej grupy, utrzymujac sie na czele peletonu szczescia i sprytu:).
Statek wyplynal opozniony o godzin szesc, przebijajac sie po wodzie przez sciane 40-stopniowego upalu. Po oblesnym obiadku i wizycie w adekwatnych toaletach, noc spedzilismy na dachu promu, na karimatach, posrod setek innych niechetnych pozostaniu w co prawda klimatyzowanych, ale jednak dosc klaustrofobicznych czelusciach lodzi. Zasypialismy pod najbardziej rozgwiezdzonym niebem swiata...
Nocny spadek temperatury i wiatr nie wygonily nas pod poklad, bo i nie bylo za bardzo do czego - kazdy skrawek wolnego miejsca zostal juz dawno i na dlugo zaanektowany. Nic to! Okolo 3.30 rozbudzil nas rejsowy muezin spiewem z pokladowej szczekaczki, dospalismy jeszcze kilka godzin i wstalismy, by przywitac nowy dzien oraz... poznac dwojke rodakow, ktorzy spali o rzut smazonym kurczakiem od nas. Darek i Kenneth (Australijczyk polskiego pochodzenia i usposobienia, do ktorego Darek wolal 'Kuba') - dwaj jowialni panowie pod 50. przemierzajacy Afryke w ramach drugiego etapu spelniania marzenia zycia, jakim w ich wypadku jest okrazenie wszystkich dostepnych kontynentow motorami. Czarnymi motorami. W czarnych strojach. Darek, chleb z sudanskiego pieca (facet prowadzi piekarnie pod Warszawa) bedzie smakowal najlepiej!

Napisał adrian dnia 2010-06-09 o 10:13:14








Dodaj komentarz