avatar blog

Inshallah

Po zaanektowaniu pokoju dla szesciu (kobiety oddzielnie) w miejscowym przytulku, wieczor uplynal nam na zwiedzaniu Wadi Halfy, miasta powstalego po tym, jak oryginalna Halfa zostala zalana podczas formowania Jeziora Nasera. Owo istne miasto biznesu i seksu, bez nadmiernej ilosci ulic, za to z fajnymi trojkolowymi rikszami, jest z jednej strony otoczone ulegajacymi powolnej erozji wzgorzami, zas z drugiej - pustynia. W okolicznym wyszynku, prowadzonym przez charyzmatycznego znajomego Hatema (polowa mieszkancow zda sie go tu znac), zjedlismy rybke z ryzem i okra (ostro przyprawione gotowane warzywa). Tzn. chyba zesmy to jedli, bo bylo juz dosc ciemno, zwlaszcza gdy w calym miescie wysiadlo na chwile zasilanie. Hatem kontynuowal wybawianie zachodnich turystow od trosk i mimo poznej pory przytargal ze soba sprzedawce biletow autobusowych. Rozpoczely sie przydlugie negocjacje, w trakcie ktorych niezlomne, szkolone w arabskim Szwajcarki Dominique i Franziska (czyz moze byc bardziej symboliczny dla szwajcarskiej dwoistosci jezykowej zestaw imion?) tlumaczyly nam i Finom sytuacyjna sinusoide. W ciagu tych kilkudziesieciu minut godziny odjazdu autobusu do Chartumu nastepnego dnia zmienialy sie kilkukrotnie, podobnie jak domniemany czas podrozy. Ostatecznie padlo na 11 i to tez 'inshallah' - okreslenie-klucz dla calej sudanskiej organizacji i podejscia, oznaczajace po polsku 'jak Bog da'. Wraz ze Szwajcarkami zakonczylismy wieczor z biletami w reku, Finowie zas musieli obejsc sie smakiem i zakupic przepustki do Dongoli dnia nastepnego. Po powrocie do hotelu, widok i stan pryszniców skusil nas do tymczasowego zaniechania higieny, wiec jeszcze tylko biegunka i lulu. Pierwsza w czasie wyprawy 'zemste Faraona' zapamietam zapewne z naglego przyplywu swiadomosci w kiblu, kiedy to przybrana pozycja 'na Malysza' i powod przybrania tejze dziwnie mnie rozczulily i rozsmieszyly, kojac rozdygotane calym przedsiewzieciem nerwy. Bog dal, ze sen przyszedl stosunkowo szybko, bo i leki ograniczyly ilosc moich wizyt w krainie osobliwych dziur w ziemi do jedynie dwoch.
Jak przypomnial mi Piotrek, jedna z 12 prac Asteriksa bylo zalatwienie jakiejs sprawy z pewnym urzedzie, gdzie byl niemilosiernie targany po kolejnych pietrach i pokojach. Jedna z prac Adriana i Piotra bylo zas zarejestrowanie sie w tym pieknym kraju (kazdy obcokrajowiec musi sie zarejestrowac, jesli zostaje w Sudanie dluzej niz 3 dni, a Sudanczycy doskonale wiedza, ze nie da sie tego kraju przejechac w 3 dni...). W miejscowym MSW, ktore to ministerstwo bez dwoch zdan musi byc najwiekszym pracodawca w kraju, zajelo to nam rekordowo krotki czas 40 minut, ale w tym czasie, jak policzyl Fin Timo, przeszlismy przez 9 etapow rejestracji w roznych budynkach, czesto u powtarzajacych sie osob, zbierajac narecza papierkow. Kosztowalo nas to okolo 100 funtow sudanskich, czyli mniej wiecej 40 dolarow amerykanskich i nadalo w moim mniemaniu nowy sens okresleniu 'piramidalna bzdura'. Potraktowalibysmy to jako przejaw folkloru, gdyby nie fakt, ze w pakiecie zdecydowalismy sie zakupic pozwolenie na fotografowanie (tak, tak) za 26 kolejnych funtow, co by nie miec problemow z pstrykaniem juz w Chartumie. Niech wystarczy, ze powiem, iz bezwiednie nabylismy pozwolenie na pstrykanie jedynie w polnocnej czesci kraju, a w samym Chartumie nie wymaga sie takowego...
Wyszlismy z urzedu bezpieczenstwa rzucajac inwektywami znaczeniowo i anatomicznie dosc jednoznacznymi i jelismy strzelac foty wszystkiemu co sie rusza w Wadi bez zbednego sie mitygowania. Juz na dworcu ukoilismy nerwy pyszna kawa z kardamonem i wraz ze Szwajcarkami udalismy sie w 10-godzinna podroz do stolicy Sudanu przez wschodnie rubieze Sahary. Kierowca musial dac rade przebyc ten 900-kilometrowy odcinek za dnia, bowiem po zmierzchu nikt tu nie jezdzi - jest podobno niebezpiecznie.

Napisał adrian dnia 2010-06-13 o 10:44:33








Dodaj komentarz