avatar blog

Khartoum

Miasto-moloch, miasto-potwor, w ktorego zylach (czyt. prostopadle krzyzujacych sie ulicach) plyna niezliczone ilosci ludzi, przebiegajacych jezdnie gdzie popadnie. Miasto-targowisko a przez to ogarniane tylko po zmierzchu totalne miasto-smietnik, w ktorym mezczyzni moga trzymac sie za reke (podobnie jak w przypadku kobiet jest to oznaka przyjazni), ale dwoch facetow i dwie kobiety maja problem ze znalezieniem wspolnego pokoju. Po dlugich spacerach wte i wewte od hotelu do hotelu po nocy i posrod smrodu udalo nam sie w koncu znalezc pokoj dla calej naszej czworki i po oblesnej kolacyjnej rybce, quasi higienie w oblesnym pryszniczyku, zasnelismy snem sprawiedliwie zmeczonych.
Rano pozegnalismy sie ze Szwajcarkami i wyruszylismy w to miasto-skwar z misja zdobycia wiz do Etiopii. Coraz czesciej doswiadczalismy graniczacej z ofiarnoscia uprzejmosci tutejszych - oni nie pokazuja, gdzie masz isc, oni cie tam prowadza. Najwiekszej uprzejmosci doswiadczylismy jednak w ambasadzie Etiopii, w ktorej zlozylismy paszporty pewni ich odbioru tego samego dnia. Nie doslyszawszy odpowiedzi panienki z okienka, Piotrek grzecznie dopytal: 'What? Same day?' - 'No, Sunday' (a byl czwartek). Weekend w Sudanie wypada w piatek i sobote, wiec trafilismy mozliwie najbardziej nietrafnie. Kiedy jednak panienka z okienka zobaczyla za szyba dwie mordki smutnych szczeniat polskiego pochodzenia, obiecala, ze zrobi co w jej mocy i zaprosila nas z powrotem na godzine 15.00. W miedzyczasie wypilismy hektolitry wody butelkowanej, odwiedzilismy strasznie tutaj chimeryczny internet i wrocilismy pelni nadziei do ambasady, gdzie po raz pierwszy uzylem ubikacji z podmyjka - ambasada okazala sie enklawa etiopskiego podejscia do higieny ubikacyjnej, jawnie odmiennej od typowo arabskiego systemu toalet w stylu narciarskiego przykucu. Owa skatologiczna przygoda okazala sie preludium do otrzymania upragnionych wiz i juz pelni nowego wigoru ponownie zmierzylismy sie z miastem-piachem i jego rownie efektywna co nieskoordynowana siecia miejskich autobusow, udajac sie do Omdurman - niegdys oddzielnego miasta, jednego z trzech, ktore tworza dzisiejszy Chartum. Obfotografowalismy grobowiec Mahdiego, w ktorym nawet nie ma Mahdiego (wygonil Brytyjczykow, wiec jak wrocili, wywalili jego prochy do Nilu), konczac dzien na laweczce z widokiem na nabrzeze i to jak Nil Blekitny miesza sie z Bialym. A to wszystko w masakrycznej spiekocie dnia, ktora kaze pic i ogranicza apetyt. Na kolacje wszamalismy... pizze, popijajac ja ku zdrowotnosci ginem z butelki, juz w zaciszu pokoju. Gin przewozimy w plastikowej butelce po wodzie, do ktorej jeszcze w Wadi profilaktycznie wlalismy bezclowo zakupiony trunek, uznawany w tutejszych realiach za jedna z form szatana w plynie. Padlismy po tym w naszym Cairo Hotel na pyski i mentalnie bylismy juz przy kolejnym dniu, kiedy to musielismy zdazyc na autobus o 5.30 na wschod. Tam jest cywilizacja, a wlasciwie jej kolebka - Etiopia.

Napisał adrian dnia 2010-06-13 o 11:07:11








Dodaj komentarz


Komentarze

dawaj foty, chce zobaczyć opalenizne!

ania z.
2010-06-15 14:35:17

ubikacja z podmyjką? aż strach się bać :) uściski

Zuzka
2010-06-15 10:33:38