avatar blog

Chartum - Gonder

Chartum c.d

Po napisaniu ostatniej relacji i ufni w dzialanie sprawcze Inszallach udalismy sie do ambasady Etiopii majac nadzieje, ze nie bedziemy musieli czekac do niedzieli, aby opuscic Sudan. Bylismy tam ok 14.30, a wizy mialy byc najwczesniej o 15. Dawno tak nie dluzylo mi sie pol godziny, a potem kolejne pol. W koncu uslyszelismy wolanie - Piotr i Adrian. Podeszlismy do okienka, a tam czekaly na nas uprganione wizy do Etiopii. Jak one wygladaja? Zwykla wlepka w paszporcie z wypisanymi danymi. Czas stworzenia - 5 minut jak ktos ma problemy z pisaniem.

Panie Prezesie melduje wykonanie zadania. Wizy odebrane wiec w droge zwiedzac miasto. Temperatura - 40 stopni celsjusza (tego dnia wypilismy po ok 5 litrow wody), a czasu niestety coraz mniej. W sudanie robi sie ciemno juz ok godziny 18. Dojezdzamy do centrum i szukamy busa do Ondurmanu. Obecnie jest to dzielnica Chartumu, ale kiedys bylo osobnym miastem. Wlasnie tam dokonala sie rzez armii Derwiszow z szablami, ktorych 20.000 stanelo przeciw wojskom brytyjskim uzbrojonym w karabiny maszynowe.

Znajduje sie tam grobowiec Mahdiego - przywodcy derwiszow, tworcy wolnosci Sudanu pod koniec XIX. Ciala Mahdiego tam nie ma bo po zdobyciu Chartumu w 1896r. przez armie Brytyjska jej glownodowodzacy Kitchener kazal wszystko spalic, a prochy Mahdiego wrzucic do Nilu. Obok grobowca Mahdiego znajduje sie takze grobowiec jego nastepcy.
Chartum jest miejscem, gdzie zbiega sie Nil Bialy z Blekitnym. Podobno widac roznice miedzy kolorem wod tych dwoch rzek, ja zbytnio nic nie zauwazylem. Do tego zabronione jest fotografowanie i filmowanie mostow, jako obiektow waznych dla Panstwa (takze slamsow, zebrakow i tysiaca innych rzeczy) wiec potraktowalismy to nieco po macoszemu po prostu przechodzac sie nad rzeke w okolicach centrum Chartumu. Wieczorem majac dosc rzeczy pseudokebabowych uragajacych wszelkim standardom higienicznym, smakowym i estetycznym udalismy sie w poszukiwanie czego znosniejszego. W przewodniku napisali o miejscowej pizzeri. Niestety po dotarciu na miejsce okazalo sie, ze po pizzy ani widu ani slychu. Czyzby znow Kebab? Wchodzimy do pierwszego lepszego baru, a tam... ukazuja nam sie opakowanie po pizzy... Pycha! Do hotelu i spac

Chartum - Metema
Pobudka po ciezkiej nocy o 5.30 nad ranem. Za godzine mamy juz autobus do Gedarefu, kolejnego przystanku przed granicznym miastem Gallabat. Jest parno i duszno, nie ma czym oddychac, a nam dodatkowo skoczyl sie zapas zakupionej wody. Mamy strasznie zaschniete usta, a tu wszystko zamkniete. Nie odwazymy sie napic kranowy, aby nie narazic sie na zemste sudanskiego faraona. Nic to, schodzimy z plecakami na dol, a tam kraty zamkniete na klodke, trzeba znalezc wlascicieli hotelu nie wchodzac przez przypadek do jakiegos pokoju, w ktorym spalyby kobiety. Ich mezowie mogliby to potraktowac jako obraze, a to nie skonczyloby sie dla nas dobrze. Po 15 minutach walenia w drzwi recepcji, obudzenia kilku arabow udalo sie w koncu dotrzec do tego wlasciwego. My mamy niestety spore opoznienie. Jest juz po 6, a czeka nas jeszcze 1,5km spacer na stacje busow, ktore zawioza nas na dworzec autobusowy. Inszallach autobus nie odjedzie o czasi.
Na dworzec docieramy ok7, aby tam sie dostac trzeba kupic specjalny bilet. Caly czas nie mielismy gdzie i kiedy kupic wody. Jeszcze tylko troche formalnosci dostepnych tylko w Sudanie - pieczotka na wizie, ze mozemy podrozowac z lokalnej stacji policji i juz nareszcie mozemy kupic bilet do Gedarefu. Przed nami 5 godzin jazdy i upragniony lyk wody.
W Gedarefie jestesmy punktualnie. Nie jest to najwieksze miasteczko, ale posiada 2 dworce autobusowe - oczywiscie po przeciwnych stronach. Ta logika sudanskiego podrozowania. W Chartumie dworcow bylo 3 (te glowne) i jeszcze ze 4 (o ktorych ja wiem) busikow. Nic to. Jak mawial maly rycerz. Taksi i jechane.
Na szczescie dosc szybko udaje nam sie zlapac busa do Gallabadu - to kolejne 3 godziny jazdy do Etiopskiej granicy. Busy odjezdzaja wg stalego rozkladu jazdy, znanego dokladnie wszystkim podrozujacym - jak sie zapelni to wyjezdza.
Po drodze kolejne 3 kontrole paszportowe roznych ludzi. Ile jeszcze???????? Powoli zmienia sie krajobraz za oknem. Na terenach pustynnych zaczynaja sie pojawiac kepki roslinnosci, potem pierwsze drzewka, w koncu widac zielen i drzewa z liscmi.
Nareszcie dojezdzamy do granicy. Tam tylko kolejne 2 papierki do wypelnienia, kolejne 3 kontrole paszportu i dostajemy upragniona pieczatke wyjazdowa. Good bye Sudan, bedzie mi brakowalo uprzejmych i uczciwych ludzi, jednoczesnie mam dosc znienawidzonej biurokracji.
Podsumowujac koszty administracji:
- wiza 90 euro
- prowizja posrednika - 25 euro
- koszt rejestracji - 40 dolarow
- koszt photo permin - 10 dolarow
- inne oplaty - 5 dolarow
Razem - zbyt duzo. Czy bylo warto? Bylo. Czy wroce? Inszallach

Metema - Gonder
Przechodzimy przez most graniczny w Metemie i zmiana krajobrazu o 180 stopni. Zupelnie inne rysy twarzy ludzi, kobiety na ulicach. Jestesmy sensacja. Wczesniej pytalem sie jednego czlowieka - czy duzo turystow tedy przejezdza? Duzo - w tym tygodniu 5 osob. I to sie potwierdza. Do biura odpraw paszportowych, ktore przypomina kurnik, z odpadajacym tynkiem i po 15 minutach jestesmy juz pelnoprawnie w Etiopii. Jest juz ok godziny 18. W Sudanie udalo nam sie wymienic pozostale pieniadze na 95 etiopskich birr. Niestety dzis juz nie uda nam sie dotrzec do Gonder (ponad 200km od granicy). Zatrzymujemy jednak busa jadacego do oddalonej o 30km miejscowosci Sziszemi. Po negocjacjach ze 150birr schodzimy do 95. Placimy pierwsze frycowe. Miejscowi za ta odleglosc placa po 10. Maja z nas niezly ubaw, a my pierwsza lekcje etiopskiego podejscia do obcokrajowcow. W Sziszemi otaczaja nas naganiacze, zaczyna sie robic nieswojo. Raptem podchodzi do nas czlowieczek w okularach przypominajacy nieco swoja postura bylego cesarza Hajle Selasjego i odgania tlum. Potem pomaga nam jeszcze znalezc hotel - za pokoj 50 birr - ok 4 dolarow, ale nie wolno nam spac 2 facetow w jednym pokoju. Admasu Lulu - tak sie nazywa - jest szefem departamentu regionu odpowiadajacego za handel i w Sziszemi jest z wizyta gospodarcza. Z wygladu ma ok 50 lat, za mlodu studiowal ekonomie na uniwersytecie w Leningradzie i zostaly mu jeszcze szczatkowe znajomosci jezyka naszych wschodnich sasiadow. Spedzamy z nim i jeszcze kilkoma osobami mily wieczor. Pijemy piwko - Daasz - odpowiednik Pilsnera - ok 4,5%i St. George - slodzone. To pierwsze smakuje zdecydowanie lepiej. Po 2 malych piwach (duzych w etiopii brak) czujemy ich dzialanie na nasz zoladek. Na sniadanie ok 7 rano mielismy sucha bulke - po prostu wypas. Zamawiamy wiec jedzenie. Dostajemy tradycyjna potrawe etiopska przyrzadzona na ostro. To potrawka z kozy oraz specyficzny placek ktory rwiemy i maczamy w sosie nabierajac miesa. Dosc smaczne, ale nasze skorczone zoladki nie sa w stanie przyswoic zbyt duzo. Za to duzo lepiej idzie nam z kolejnym piwem.
W koncu pada pytanie - gdzie jutro jedziecie - slyszymy odpowiedz - Gonder, jesli nie przeszkadza wam jazda z tylu w bagazniku (terenowca z rozkladanym siedzeniem) to mozecie jechac z nami. Oczywiscie ze darmowy transport nam nie przeszkadza. Zegnamy sie ok 21.30 i slyszymy - odglos meczu - to Francja gra z Urugwajem. No jeszcze jedno piwo i jeszcze jedna polowa meczu wytrzymamy. Potem spac do hotelu. No wlasnie... hotelu. Wyobrazcie sobie pokoj, ktory zamiast okna ma kraty, drzwi sa ze stalowej blachy, wewnatrz na kablu zwisa zarowka, na lozku znajduje sie jako przescieradlo recznik z myszka miki, z sufity zwisa moskitiera, w szufladzie szafki znajduje sie paczka prezerwatyw, sciany nie byly nigdy malowane... Toaleta (znow to nazewnictwo czegos co nie zaluguje na swoja nazwe) to kawalek blachy i dziura w ziemi. No, ale jak sie nie ma co sie lubi...
o 5 jestesmy juz przed hotelem i czekamy na samochod. Do Gonder dojezdzamy ok 8 - jeszcze szybka przesiadka na busa, ktory zabiera nas do centrum (4,5 birr), wymieniamy pieniadze (1$ - 13,5 birr) i udaje nam sie znalezc hotel tuz przy zamku w centrum miasta. Tu pokoj kosztuje wprawdzie 120 birr, ale ma swoja lazienke, z zardzewialego prysznica leci ciepla woda, a do tego dostaje czysty duzy recznik. Zostajemy.

Gonder
Gonder lezy na wysokosci 1200m n.p.m totez klimat jest tu zupelnie inny. Temperatura powietrza to ok 28 stopni co powoduje, ze po sudanskich upalach marzniemy. Do tego miasto jest rozpostarte na kilku wzgorzach i zupenie nie czuc liczby 400.000 osob, ktore tu mieszkaja. W XVII i XVIII wieku byla to stolica Panstwa etiopskiego i znajduje sie tu potezny kompleks zamkowy. Na zwiedzanie przyjdzie jednak czas pozniej.
Obecnie jestesmy po prostu glodni. Schodzimy do centrum miasta i siadamy w kafejce. Tam menu zawiera potrawy europejskie - zamawiamy po omlecie, do tego herbatka z cynamonem i gesty sok z Mango. Niebo w gebie. Ten dzien zamierzamy poswiecic na odpoczynek. W niecaly tydzien przejachalismy ok 3.000km i nalezy nam sie w koncu dzien urlopu.
Etiopia zaskakuje mieszanina kultury afrykanskiej i europejskiej. Widac zwlaszcza pozostalosci po najezdzie Wlochow w latach 30 ubieglego wieku. Moze trudno w to uwierzyc, ale cisnieniowo parzona kawa jest dostepna na kazdym kroku i kosztu je 60 groszy, w karcie dan znajduje sie spora ilosc spagetti i innych makaronow. Do tego Etiopczycy sami maja zupenie inne rysy twarzy niz reszta Afryki - zdecydowanie bardziej europejskiej, z wysunietym podbrodkiem, ostrym nosem. Czujemy sie tu rewelacyjnie - gdyby tylko nie probowali nas orznac na kazdym kroku... Naprawde trzeba sie pilnowac. Po sniadanku i prysznicu spac - mamy do odespania kilka ostatnich nocy, gdzie spalismy de facto po kilka godzin. Po poludniu ruszamy na mecz i obiad. Piwo w restauracji kosztuje oszalamiajace pol dolara, czujemy sie (prawie) krolami:). Po meczyku dla odmiany drzemka. Wieczorem chcemy zobaczyc kolejny i potem nieco zycia nocnego miasta. W hotelu doczepia sie do nas 2 Etiopczykow - Robelu i Piter - oferuja pomoc w zwiedzaniu. Wietrzymy podstep, ale chlopaki - nieco ponad 20 lat mowia, ze nic za to nie chca. Najpierw wiec meczyk USA-Anglia,a w miedzy czasie zaznajomienie z Chatem.

Chat jest swego rodzaju roslina o lekkim oszalamiajacym dzialaniu. Zuje sie tylko jego liscie, ktore sa gorzkie, aby nie czuc tego smaku przegryza sie do tego orzeszki ziemne, potem papke wsadza w bok policzka i popija pepsi, aby przerzuty sok trafil do zoladka. Ciekawe doswiadczenie, ale ja nie czulem jakiegos nadzwyczajnego dzialania. Do tego kosztuje to dosc sporo - 200gram ok 100birr (za obiad zaplacilismy po 40). Powoli cos nam zaczyna nie grac. Adrian udaje sie do hotelu bo jest nieco zmeczony, a ja z chlopakami poznaje nocne zycie miasta. Relacja z tego bardzo ciekawego doswiadczenia w kolejnym mailu.

Kilka spostrzezen:

Sudanczycy, a inne narody arabskie
W odroznieniu od nich nie ma w Sudanie targowania. Turysci i miejscowi placa tyle samo co stanowi naprawde duza ulge po egipskich doswiadczeniach. Do tego sa niezwykle ucziwi. Kradzieze, praktycznie sie nie zdarzaja - czulismy sie w Sudanie caly czas bardzo bezpiecznie pomimo zapuszczania sie w ciemne zaulki Chartumu. Sudanczycy wieza, ze na ramionach maja 2 aniony - dobry i zly, ktore staja sie potezniejsze wraz z ich dobrymi badz zlymi uczynkami. pod koniec zycia decyduje to o tym czy zostana zbawieni

CZas w Etiopii
w Etiopii stosuje sie 2 rodzaje czasu - czas etiopski - liczony od naszej godziny 6 rano - co 12 godzin, czyli nasza siodma to ich pierwsza, a nasza 6 i 18 to ich 12. Do tego oczywscie czas w europejskim rozumieniu. Pytajac o godzine odjazdu autobusu trzeba sie upewnic jakieg czasu - etiopskiego czy ferenji (obcokrajowcow)

Malarone
lek, ktory zapobiega malarii. Czekaja nas jeszcze 6 tygodni jego zazywania. Ma mnostwo efektow ubocznych poczawszy od bolu brzucha, poprzez biegunke, zawroty glowy czy tez goraczke. U nas na szczescie skonczylo sie na pierwszych dwoch, co jest dosc uciazliwe. Ciekawe kiedy wymysla cos nowego i lepszego. Jak widac nie jest to priorytetem koncernow farmaceutycznych skoro na malarie choruje sie glownie w biednych krajach. Takie zapotrzebowanie rynku.

Napisał piotr dnia 2010-06-13 o 11:38:17








Dodaj komentarz


Komentarze

W USA - a jakze - bylam w etiopskiej knajpie, gdzie 'dzielismy' (dosłownie) taki placek w cala chmarą niezamerykanizowanych etiopczyków. Piwo bylo dobre! Uściski i piszcie dalej!

Zuzka
2010-06-15 10:31:22

Piotr czyta się to lepiej niż niejedną książkę. Jestem zafascynowana :) i czekam na kolejne wpisy.
Trzymajcie sie chlopaki - bezpiecznej podroży.

Marlena
2010-06-14 08:39:56

Przygoda, przygoda... Dopiero dzisiaj przczytalam wszystko od poczatku i juz sie nie moge doczekac co dalej:) Zabrzmie jak wlasna mama, ale uwazajcie na siebie;) Przypomnial mi sie wlasny pobyt w Egipcie i ta alternatywna normalnosc, lepkosc, cieplosc i czas. Taaaa, tylko w Afryce godzina nie trwa 60 minut, godzina to jest inszallah. Haha, podobne pojecie mial Olivier (pol Francuz, pol Kolumbijczyk, w zaleznosci od tego czy trzezwy). Przypomnialo mi sie jak to jest denerwujace...

JA
2010-06-13 15:04:13