avatar blog

Lalibela/Sralibela

Lalibela
Ostatnia relacja urwala sie na naszej probie dostania sie do Lalibeli... Ruszylismy ostro w droge. Najpierw bus, ktory zawiozl nas do Mekele ok 180km od Aksum. W busie towarzystwo pijanego "biletera", ktory usilowal porozmawiac z nami po angielsku i miejscami nawet mu to wychodzilo. Zalil sie jak to on malo zarabia, pytal czy nie zostawilbym mu tshirta aby mogl o nas pamietac. generalnie podroz do Mekele minela nam milo i dosc komfortowo - zwlaszcza porownujac droge z Gonder. Tam 10 minut odpoczynku i juz siedzimy w busie, ktory ma nas zawiezc 260km dalej czyli do miejscowosci Woldia. Sama droga rownie przyjemna, w busie sympatyczni ludzie. Razem z Adrianem dostalismy nawet propozycje kupienia sobie zon. Na moja odpowiedz, ze juz jedna mam poznany Said (sprzedawal wlasna siostre) odpowiedzial, ze co to dla mnie jedna zona. On ma trzy i 12 dzieci. Spytalem ile ma lat - odpowiedzial, ze 22. Jego siostra ma natomiast lat 16, czyli wystarczajaco, aby wyjsc za maz i urodzic mi dzieci. Niezle...ale jednak nie bylem zainteresowany. W miedzyczasie okazalo sie, ze nas busik nie jedzie jednak do Woldi - za bilety oczywiscie zaplacilismy do tego miasta, a do oddalonej od niej o 65km miejscowosci Alamata. Nic to - kierowca busa pomogl znalezc nam pokoj - 3$ za noc i obiecal nas zabrac nastepnego ranka do Woldi. Pobudka o 6 rano. Ostatecznie wsadzil do busa i do Woldi dojechalismy ok 8. Stamtad busik do Lalibeli i juz na wstepnie powital nas napis - Witajcie w naszym swietym miescie. Sam pobyt zaqczal sie milo - znalezienie hotelu nie stanowilo problemu, wprawdzie warunki nie zachwycaly, za to cena - 4,5$ jak najbardziej. No i wtedy sie zaczelo...
Laliblea jest miastem w Etiopii najbardziej okupowanym przez turystow. Idea Faranji prices zostala tam wprowadzona na niespotykany dotad sposob. Prawie wszedzie sa osobne karty - te z cenami dla Etiopczykow, i te z cenami dla turystow. Dodatkowy narzut od 50-150% ceny. Do tego nie wystarczy znac ceny lokalne, aby je zaplacic. Z 3 miejsc wyszlismy bo kelnerzy w twarz mowili nam, ze my mamy zaplacic wiecej. Taaaak. Witamy w naszym swietym miescie.... W ogole wobec turystow zdaja sie nie obowiazywac zadne zasady przyzwoitosci - raczej wiekszosc miejscowych zdaje sobie stawiac za punkt honoru jak najieksze oskubanie nas. To jest naprawde meczace i odbiera duza czesc radosci z podrozowania po Etiopii.Przykladowa cena korzysatania z Internetu - dla lokalsow 30 centow, dla nas 1 birr co daje zlodziejska cene 5$ za godzinne korzystanie z komputera. Wpis na blogu musi wiec poczekac. To dotyczy wszystkiego od butelki wody po bilet na busa. Z chlubnymi wyjatkami.
W busie poznalismy jeszcze jedna Faranji - Niemke Lise, ktora w Etiopii jest od lutego (na jakiejsc wymianie) i zna nieco amharski. Duzo to nie pomaga, ale zawsze. Umawiamy sie na dzien nastpny, aby razem wynajac przewodnika do zwiedzania 11 wykutych w skale kosciolow.
Czy pomimo ferenji prie waro odwiedzic Lalibele? Zdecydowanie tak. Wykute w skle koscioly naprawde robia wrazenie i bez watpienia stanowia jeden z architektonicznych cudow swiata. Sa to jedyne budowle, ktore zostalu wybrane w skale od gory. Robiacy najwieksze wrazenie koscio sw. Jerzego ma plan krzyza i wysokosc 11m! To naprawde tytaniczna praca. Prewodnik zapytany jak je wykonano powiedzial, ze sam krol Lalibela wykonal je toporem, a kazde jego uderzenie bylo wzmacniane 10 krotnie przez anilow. Podobno wszystkie koscioly powstaly w 23 lata,ale patrzac na skale i ogrom wydaje sie to wrecz niewiarygodne. Z dzisiejsza technologia nie wyobrazam sobie podobnych budowli... Wszystkie koscioly powstaly pod koniec 11 wieku i mialy stanowic alternatywe dla Jerusalem - aby chrzescijnie etiopscy nie musieli tak daleko podrozowac. Dodatkowo trafilismy na msze, ktora naprawde robila wrazenie - spiewajacy wierni, ksieza, wszedzie roztaczal sie zapach kadzidla...
Niestety Lalibela w penym momencie zmienila dla nas swoja nazwe na Sralibele. Dopadla nas klatwa krola bo zachcialo nam sie swiezego soku z papaji. Wczesniejsze eksperymenty z mango byly totalnie bezbolesne, a tu najpierw ja odczulem tego skutki, a w nocy Adrian. Dawno sie tak ze mnie nie lalo, na szczescie laperamid dal rade. Dluzej trzymalo Adriana i dlatego tez nie wrobilismy sie na poranny autobus do Dessi. Noc byla naprawde kiepska, bol brucha, wymioty, biegunka, ciagle wizyty na tronie krola Lalibeli... Ostatecznie nasze zoladki uspokoily sie na ranem i zdecydowalismy, ze mam dosc Lalibeli i sprobujemy sie stad wydostac. Najpierw bus do Woldi, stad kolejny do Dessi skad pisze ten wpis (120km dalej). Mamy dzis kryzys. Do tego samo Dessi to jenda wielka dziura. Jakos udalo nam sie znalezc pokoj za ok 2$, ale jest to najwieksza dziura w ktorej przyjdzie nam spac. Mamy kupione na jutro bilety na autobus do Adis Abeby - tam musimy troche odsapnac bo psycha nam nieco siada. Wkurza wszystko - od zacinajacej sie klawiatury, czeknia 20 minutowego na rachunek, ciagle nagabywanie Etiopczykow, ciagle naciaganie i usilowanie wydobycia od nas pieniedzy, strasznie wolny Internet.... Damy rade:) Co nas nie zabije to nas wzmocni.

Kilka spostrzezen:

Tej
zwany takze winem miodowym to nic innego jak nasz miod pitny, z ktorego slynie Lalibela. Jet podawany w knajkach, ktore z niego slyna i same produkuja - dane nam bylo sprobowac i polecamy

Internet
teoretycznie dostepny wszedzie, ale w praktyce znalezienie dzialajacej jako tako kafejki jest dosc trudne. Cen od 0,3-0,5 birr/minute polaczenia modemowego O lepszej jakosci trzeba zapomniec. Moze w Adis bedzie lepiej.

Transport
najtansza opcja to autobusy publiczne - niestety najwolniejsza, do tego setki minibusow oraz samochody na wynajem dla zamoznych turystow. Na szczescie na te pierwsze nie obowiazuje zasada ferenji i placimy zawsze tyle co lokalni.

Dzis nieco smetny wpis, ciagle podrozowanie i przemieszczanie sie daje sie we znaki. zamierzamy odpoczac w dolinie Omo - ale to dopiero za 5 dni. Kolejny wpis z Adis

Napisał piotr dnia 2010-06-19 o 19:09:00








Dodaj komentarz