avatar blog

Przystanek Alamata

Minusem tego rodzaju wypraw jest to, ze kazdego dnia trzeba myslec o kolejnym, zwlaszcza, jesli w pakiecie z zabytkami nie uwzgledniono drog i podroz z miasta do miasta liczy sie w dniach. Nasz dzien w Aksum minal wiec takze na poszukiwaniu transportu do Lalibeli, miasta wykutych w skale kosciolow, i probach zejscia z czasem tej wyprawy ponizej oferowanych przez transport publiczny trzech dni. Po wielkich targach o kazdego byrra (1 dolar amerykanski to 13.5 tutejszych pieniedzy), udalo nam sie zejsc do dwoch dni, zapewniajac sobie transport do Mekele, a potem w dol Wyzyny Abisynskiej do Woldii, skad do Lalibeli juz tylko rzut kartoflem. Niestety, czlowiek swoje a zycie swoje... Kierowca na trasie Mekele - Woldia wprowadzil nas w blad, bowiem do miasta koncowego mial zamiar dotrzec tylko jesli dokooptuje wystarczajaco wielu chetnych w Alamacie - miescie tranzytowym o dwoch ulicach i liczbie kafejek przewyzszajacej liczbe mieszkancow. Co prawda w miedzyczasie chciano nam sprzedac trzy niczego sobie dzierlatki ('How old? She old enough to be wife and give you child'), ale ostatecznie podziekowalismy. Znow, oryginalnie pojeta tutaj uczciwosc pozwolila kierowcy pomoc nam znalezc hotel - bardzo tani i wcale niezgorszy - okraszajac to obietnica zabrania nas do Woldii nastepnego ranka. Po calym dniu jazdy kamiennymi, kretymi gorskimi szlakami, para zeszla z nas dopiero po kilku piwach, macchiato, prysznicu i cudownej bramce Urugwajczyka Forlana w meczu z RPA. Nasze powieki wytrzymaly tylko do przerwy.

Napisał adrian dnia 2010-06-19 o 19:11:37








Dodaj komentarz