avatar blog

Nigdy tu juz nie powroce

Oprocz biegania na dlugie dystanse i coraz bardziej swiadomego i bezpiecznego seksu (duzo uswiadamiajacych reklam i anonsow, takze a propos profilaktyki antymalarycznej, pomiedzy kilkunastoma wariacjami na temat polskiej reklamy Prusakolepu, czym sa tutejsze, kultowe jak dla nas, bloki reklamowe w przerwie meczow), Etiopczycy uprawiaja tez sporty stolowe. Bilard, pilkarzyki, czasem ping pong na nie wiadomo skad skombinowanym - moze z odzysku - sprzecie. Bez dwoch zdan, zaskakuja mnie miejsca, w ktorych mozna tu pograc w pilkarzyki...
Addis pochlonelo nas swoja rozbuchana, typowo po afrykansku nieskoordynowana wielkomiejskoscia, zatechla wilgocia po znikad sie pojawiajacych, krotkich burzach, smierdzac przy tym spalinami wydychanymi przez komunikacje miejska. Tutejsza polska ambasada odmowila swoim obywatelom mozliwosci zaglosowania w pierwszej turze wyborow prezydenckich, wiec niespelnieni stanelismy o owej iscie wakacyjnej 5.00 rano, by po kolejnym seansie trucia sie wyziewami autobusowymi udac sie na poludnie, przez Arba Minch do Jinki - bazy wypadowej do doliny Omo i tamtejszych plemion.
To, ze tylko w polowie zapelniony autobus nie pojedzie, oznajmiono pasazerom zgaszeniem rozgrzewajacego sie silnika. Oczywiscie, nikt tego nie zauwazyl, wiec zasiedziali juz w srodku tutejsi dowiedzieli sie o zaistnialym fakcie od nas. Pospieszne zdejmowanie plecakow z paki, szukanie innego sposobu na dotarcie do Arba Minch i przebukowywanie biletow w chaosie klaustrofobicznie waskich przejsc posrod morza autobusow, a to wszystko probujac zmusic szczypiace od spalin oczy do wytezonej pracy. Przebijamy sie sila, rozpychamy lokciami, wciskamy do chyba dobrego pojazdu kolowego i niczym dwoch Guliwerow zajmujemy pospiesznie miejsca w jednym z tych ich mikrobusow per se - autobusow dla mikrusow z nogami dlugosci naszych ud, by z godzinnym opoznieniem opuscic stolice.
Kilkunastogodzinna podroz konczy sie w smierdzacym swieza farba pokoju z kilkucentymetrowym karaluchem, ktory udalo nam sie znalezc dzieki miejscowemu, przypadkowo spotkanemu dziewczeciu imieniem Helen. Zmeczenie siega zenitu, a kosci ogonowe - gardla, obite po niemilosiernych podskokach na tutejszych nie-drogach. Szybka noc, tlok u bram, otwarcie wrot, bieg po ciemku po zlote runo, ktorym w tym przypadku jest jazda po dalszej czesci nie-drogi do Jinki.
Gra swieczki okazala sie byc warta, bowiem na miejscu znalezlismy, po obowiazkowych targach o cene, bodaj najbardziej pelen podstawowych wygod pokoj. Choc ciepla woda okazala sie byc dobrem reglamentowanym, to bidet mial spluczke, a na deser codziennie wieczorem miejscowy capo otwieral na zacisznym hotelowym podworzu skrzynke z wielkoformatowym telewizorem (20 cali), na ktorym pospolu z autochtonami przekonywalismy sie jak nudny i bezbarwny moze byc czasem mundial.
Oprocz awionetki, ktora tydzien przed naszym przybyciem awaryjnie ladowala posrodku miasta zabijajac przy tym dwie krowy i zostajac na miejscu z plama krwi (krowiej) na przedzie, Jinka to glownie Michael. Ten zapoznany przypadkowo na partyjce bilarda mlodzieniec ('I think I'm 19'), mieszkajacy z dala od domu i dziesieciorga rodzenstwa i uczeszczajacy do jednej z lokalnych 90-osobowych klas szkoly podstawowej, zostal naszym przewodnikiem po miejscowych meandrach administracyjno-zwyczajowo-kulturowych. A zaczelo sie od totalnej klotni. Michael zabral nas do polozonego nieopodal miasteczka na targ, co bysmy zobaczyli troche lokalsow. Okazalo sie, ze targ ow zaczyna sie o wiele pozniej, niz przekonywal nas dzien wczesniej (pomylka zwiazana z roznica czasu), co rozbijalo nam dzien i rozsierdzilo nie na zarty, tym bardziej, ze sam Michael w miedzyczasie zniknal. Z poczuciem wnerwu po kolejnym oszustwie miejscowych, nie zjadlszy nawet krztyny podanej nam na sniadanie jajecznicy z zepsutych jajek, sami poszlismy zwiedzac ospale budzace sie do zycia targowisko. Tam zrobilismy kilka zdjec i wygarnelismy Michaelowi, ktory pojawil sie tam niedlugo po nas. Kiedy juz caly jad zostal wylany, po wszystkich wyjasnieniach i ostatecznym porozumieniu ponad podzialami, Michael (to taka faranji ksywa, prawdziwe imie - Bati) zabral nas przez chaszcze i gaszcze do wioski ludu Banna, gdzie z miejscowym wodzem, wygodnie rozlozeni na wygarbowanych kozich skorach (sluza jako siedzisko, posciel i stroje) napilismy sie przyrzadzonej na naszych oczach kawki z lupin kawowych (troche mdla, ale nie narzekalismy), pobawilismy sie wodzowym kalasznikowem, a to wszystko w atmosferze robienia czegos kompletnie poza tradycyjnym szlakiem turystycznym. Powrociwszy na lono miasteczka targowego musielismy sie krygowac, albowiem jakakolwiek wzmianka o naszej wizycie w wiosce bylaby podstawa do roszczen majatkowych (100 byrrow od lebka) ze strony tutejszego 'stowarzyszenia' przewodnikow. Przedstawiciele owego samozwanczego tworu zagrozili nam ponadto (dopadli nas...), ze jesli nie uiscimy odpowiedniej oplaty za wstep (sic!) na targ (po stowce), a mimo to zlokalizuja nas tamze, oplata wyniesie 500 tutejszych srodkow platniczych per capita. Przepelnilo to szale goryczy. Juz wiedzielismy, ze wszyscy, ktorych prosi sie tutaj o pomoc, zadaja potem zaplaty bez zadnego poczucia wstydu. Ze smutkiem zdazylismy juz skonstatowac, ze tutejsze dzieci podbiegaja z automatycznie wyuczonym gestem wyciagnietej po datki dloni. Mielismy swiadomosc, ze Etiopczycy stosuja podwojne standardy, oszukujac, czy wrecz okradajac przyjezdnych w kazdy mozliwy sposob, w zywe oczy i z obowiazkowo widocznym bardziej lub mniej fikusnym krzyzykiem na szyi klamiac, ze proponuja ceny z gory ustalone lub wrecz urzedowe. Tym razem, przy pomocy i za rada naszego nieoficjalnego, nieurzedowego, mlodego przewodnika, zagadnelismy stroza prawa rzeczywistego (czyt. policjanta), dzieki ktoremu, po obowiazkowej klotni ze 'stowarzyszeniem' okazalo sie, ze prawo wyimaginowane ma swoje granice. Targowisko zobaczylismy za darmo.
Zniecheceni Etiopia, zadni wydostania sie stad bez zbednej zwloki, chcielismy odhaczyc tutaj jeszcze tylko jedna, ostatnia rzecz - zobaczyc na zywo przedstawicieli ludu Mursi, znanego z zamilowania do skaryfikacji wlasnego ciala jak i slabosci do przyozdabiania go (w przypadku kobiet) roznej wielkosci glinianymi owalami wpychanymi w specjalnie przecinane dolne wargi (po uprzednim wybiciu dwoch dolnych jedynek). W Jince oczywiscie tez jest specjalne 'stowarzyszenie' przewodnikow. Zaslyszana cena eskapady wywolala na naszych twarzach smiech poparty politowaniem: jeep 250 byrrow, przewodnik 150, wjazd do parku 100, wejscie do wioski 100 (ostatnie dwie pozycje per capita). No i jeszcze uzbrojony straznik za 65. Zapadla szybka decyzja, by znalezc innych ostrzacych sobie zeby na Mursich turystow, co by koszt rozlozyc na wiecej podmiotow. Najlepszy jak dotad mecz mundialu, w ktorym Slowacy zdruzgotali nadzieje Wlochow na wyjscie z grupy (moja niczym nie zmacona milosc do wszystkiego co wloskie pozostaje dziwnie nieodwzajemniona chyba na calym swiecie...), okazal sie kanwa dla owocnego w tym zakresie spotkania. Zapalony belgijski obiezyswiat i filmowiec in spe Anthony, pospolu z poruszajaca sie wynajetym samochodem z wynajetym kierowca hiszpanska (a nawet barcelonska) para Javier-Teresa zgodzili sie wziac dwoch obtaniaczy z Polski na podboj tubylczego ludu.
Nastepnego dnia wyruszylismy po wiedze, wiedze, ze nieodparta chec poznania prowadzi czasem do rozczarowan i wstydu, bedac jednoczesnie pozywka dla wypaczen. Najpierw napsulismy krwi 'stowarzyszonym' przewodnikom, jako ze nasza niechec do uiszczenia oplaty za przewodnika (dodatkowy, niepotrzebny osobnik w samochodzie) zawiodla nas przed oblicze samego szefa miejscowego Urzedu Turystycznego. Klotnie z przewodnikiem jak zwykle zadzialaly jak magnes na lokalna gawiedz, ktora nas otoczyla, sadzac, ze ma prawo zbiorowego glosu w obronie ewidentnego filara tutejszej kultury - prawa do oszwabiania. Te batalie przegralismy (brak czasu), wiec w rezonujacej ciszy i z godzinnym opoznieniem ruszylismy w droge.
A zawiodla nas (nomen omen) ona do etiopskiej wsi potiomkinowskiej, ludzkiego zoo, w ktorym na wpol pijani mescy przedstawiciele plemienia wraz z odpowiednio przystrojona czescia zenska nachalnie i z minuty na minute coraz bardziej agresywnie zaczepiali nas i szarpali, zadajac po kilka birr/birrow za kazde zdjecie. Mdlilo mnie na sama mysl, ze dalem sie zaprosic na ten ludyczny seans cyrkowy, dzieki ktorego notorycznej inscenizacji bialy moze zobaczyc specjalnie dla niego podgotowanych zacofanych czarnych a na tacy pod nos mu sie przynosi to, czego chcial i za co przeciez zaplacil. Zrobilem jedno zdjecie. Anthony z nerwow spalil papierosa gdzies na uboczu, Hiszpanie mieli dosc. Gdy nasze targi o cene zdjecia coraz widoczniej byly nie w smak zawianym meskim osadnikom i gdy zaczeli wymownie przeladowywac zapewne legalnie zdobyte kalasze, po pierwsze zrozumielismy potrzebe oplacania ochroniarza, a po drugie zaczelismy myslec o powrocie. Odjechalismy po 20 moze minutach pobytu w wiosce. W jeepie znow rezonujaca cisza. Przypomnial mi sie napis na caly czas noszonej przez Michaela koszulce: 'Dirty South'.

Napisał adrian dnia 2010-06-30 o 11:51:33








Dodaj komentarz