avatar blog

Czas to pieniadz czyli przygoda z kozami

Komu w droge, temu w noge. Trzydniowy, wakacyjny pobyt w Jince dobiegl konca, podobnie jak skonczyla sie nasza cierpliwosc do etiopskich przywar. Na meczu Hiszpania-Chile pozegnalismy sie z Hiszpanami i Belgiem, i po raz ostatni przylozylismy glowy do poduszki w kraju kawy (arabica pochodzi z tych rejonow, jakby ktos nie wiedzial). Przynajmniej taki byl plan.
Na postoju autobusow bylismy o przyslowiowej juz wrecz 5.00 rano, swiezi jak te lale, pelni wigoru, etc. Po kilku godzinach dotarlismy do kolejnego przystankowego miasteczka Konso, gdzie Piotrkowi zachcialo sie natychmiast kupe. To jedno z tych potencjalnie niewartych wzmianki wydarzen, ktore okazuja sie brzemienne w skutkach. Spieszac sie ku dziurze w ziemi po macoszemu potraktowalismy dwoch minibusowych naganiaczy, ktorzy przebakiwali o transporcie nie tylko do Yabelo, co mielismy w planach, ale wrecz do samego przejscia granicznego z Kenia w Moyale ('Za drogo, znajdziemy innych').
Na kolejna mozliwosc transportu czymkolwiek kolowym musielismy czekac pol dnia w skwarze, bedac latwym celem dla tutejszych roznego autoramentu i proweniencji chciwcow... Ja ponadto zostalem chwilowym faworytem pewnej apetycznej, mimo odrobine zbyt nadmiernej tuszy, lokalnej sprzedawczyni (przygodny tlumacz: 'She says you go try her once. She says whites are good in bed.'). Udalo mi sie ostudzic jej zapedy. Dla pewnego amerykanskiego bialego, ktoren tu najwyrazniej kiedys zawital, pitstop w Konso okazal sie jeszcze bardziej brzemienny w skutkach, gdyz pozostawil owej sprzedawczyni kinder niespodzianke, co widac nie nauczylo zbyt wiele rzeczonej pani. Po dlugich negocjacjach z najglupszym czlowiekiem swiata, ktory akurat byl posiadaczem jedynego minibusa na poludniu Etiopii jadacego w wymarzonym przez nas kierunku, dostalismy sie przez Yabelo do Moyale, muszac jednak spedzic jeszcze jeden, absolutnie ponadplanowy dzien w Etiopii. W Yabelo pewna sliczna niewiasta chciala nam zaoferowac swoje wyrafinowane uslugi za podrzutke do Moyale, ale po skosztowaniu podsycanej piwem koziny na wegielkach i chwilowym poogrzewaniu sie w cieple towarzystwa pieknej kobiety, nie spelnilismy pokladanych w nas nadziei.
Samo Moyale, miasto o dwoch obliczach przedzielonych granica etiopsko-kenijska, znow okazalo sie miec swoja cene. Dojechalismy tam rano, by zorientowac sie, ze jest niedziela i ambasada etiopska (musielismy zdobyc stempel wyjazdowy) bedzie czynna od 15.00. Rozlozylismy karimaty i najpierw w sloncu, a potem juz w cieniu na terenie ambasady (wartownik sie zlitowal) przesiedzielismy kilka godzin, zazywajac nawet odrobiny snu wsrod mrowek. W miedzyczasie zapewniano nas, ze nie mamy co dzisiaj udawac sie na strone kenijska, bo warunki tam o wiele gorsze i cena wyzsza, ale decyzja vel klamka juz zapadla - chcielismy jak najszybciej opuscic ten kraj, tym bardziej, ze nie zamierzalismy juz korzystac z byrrow, najlepiej nigdy w zyciu. Po stempelku na glowe, szybkim tempem marszowym przebilismy sie do Kenii, gdzie wyrobienie wizy kosztowalo nas mniej, niz sadzilismy ($25 kazda, a nie $50), angielski okazal sie o wiele bardziej powszechny, gdzie dzieci nie wyciagaja rak po pieniadze, pomoc jest darmowa i gdzie bankomaty akceptujace karty Visa sa w kazdej pipidowie. Po nocce w warunkach nazwijmy to afrykanskich, udalismy sie z rana (juz nie 5.00 tylko 8.00) do lokalnego centrum wszechswiata, czyli skrzyzowania ulic z nadzieja znalezienia transportu do Nairobi, kenijskiej stolicy - poczatkowo nie chcielismy korzystac z uslug tego ponoc niebezpiecznego miasta, ale tutejsze drogi prowadza tylko tam lub stamtad.
Znalezlismy ciezarowke z kozami. Tzn. jeszcze wtedy koz nie bylo, ale my juz moglismy zajac miejsce w kabinie wraz z troche niewygadanym po angielsku kierowca, jakas przygodna wspoltowarzyszka podrozy i na dokladke wlascicielem stada koz, ktore mielismy zabrac gdzies po drodze. Tutaj tez przebijalismy sie przez tlum naganiaczy, ale ci przynajmniej rozumieja znaczenie slowa 'nie' i nie przeciagaja strun naszej asertywnosci.
Podroz trwala 33 godziny. Tutejsze drogi... chyba nie mam jak ich opisac, bo i nie ma zanadto czego opisywac. Spalismy w kabinie, piaty dzien bez prysznica, ulozeni tak niewygodnie, ze nie zmruzylem oka nawet na sekunde z powodu bolu nog i kregoslupa, obijanego niewypowiedzianie na trasie. Gorsza noc przezylem chyba tylko w czasie sztormu na Baltyku, kiedy rok temu poplynalem w rejs do Petersburga i kiedy to rzucalo mna na dziobie jak kawalkiem mokrej i brudnej szmatki. Piotrek tylko spojrzal na mnie o poranku i stwierdzil, ze jakakolwiek rozmowa ze mna po takiej nocy ociera sie o niemozliwosc i naraza go na bukiet z kilku powtarzanych przeklenstw. Na postoju musialem spedzic mniej wiecej godzine na rozchodzeniu tego, co czulem, czyli bolu wszystkiego podsycanego niewyspaniem, pokrytego brudem. Pocieszalem sie tym, ze nasze plecaki, pokryte tak jak my warstwa pomaranczowego tutaj pylu jeszcze sa i ze nie wpadly do koz (znajdowaly sie centralnie nad transportowana trzodka), wobec ktorych wykrzesalem z siebie jeszcze troche wspolczucia. Wobec koz, znaczy.
Nairobi jawilo sie ziemia obiecana. Dotarlismy tam pod wieczor, nawet nie roztkliwiajac sie zanadto nad tym, ze niedlugo przed wjazdem do miasta przekroczylismy rownik. Czekal nas tam spokoj, definiowany na tym kontynencie ciepla woda i lozkiem z moskitiera.

Napisał adrian dnia 2010-06-30 o 12:39:17








Dodaj komentarz


Komentarze

Witam, Pani Barbaro! Zdjec mamy multum, ale w takich okolicznosciach technologicznych wklejanie zdjec nastrecza pewnych trudnosci... zrobimy to, jak tylko bedzie taka mozliwosc. Zachwyci sie Pani.

Adrian
2010-07-05 18:29:27

Czytam Was z przyjemnościa, i myślę całe 2 miesiące w podróży! niewygoda, zmęczenie! to tylko młodzi moga tak zaplanować urlop! moja córka Karolina już 6 dni w Indonezji i ciagle w innym miejscu. Zyczę Wam dużo wytrwałości! piszcie dalej! Będę czytać! Barbara Stawicka ps. szkoda że nie ma zdjęć

Barbara Stawicka
2010-07-01 14:21:06