avatar blog

Addis Abeba- Nairobii - 2500km podrozy

Od ostatniego wpisu minal ponad tydzien i okolo 2500km. Naprawde sporo sie od tego czasu wydarzylo...

Addis Abeba - Jinka
Wyruszylismy w droge. Jak zwykle 5 rano stawilismy sie na dworcu autobusowym i tu... niespodzianka. Okazuje sie, ze na biletach mamy numery siedzen i nie potrzebnie zjawilismy sie tak szybko... Nic to, autobus powinien wyjechac ok 6, a tu... wylaczaja silnik. Nie zebrali wystarczajacej ilosci osob i po prostu nie jedzie. Szybka przesiadka do innego autobusu do Arba Minch gdzie znajduje sie slynny krokodyli rynek.Po drodze mileismy tez Szeszemene, siedzibe Rastamanow. Oba te miejsca ciesza sie zla slawa. W obu dzialaja lokalne mafie, ktore zarabiaja naprawde olbrzymie pieniadze na turystach wdrazajach w zycie do przesady idee faranji prices. W Arba Minch poznalismy Helen. Niestety okazala sie kolejna osoba zerujaca na turystach. Mielismy jednak okazje porozmawiac troche o zyciu w Eriopii. AIDS jest tu olbrzymim problemem zwlaszcza wsrod sredniego i starszego pokolenia. Ludzie odmawiaja uzywania prezerwatyw tlumaczac to tym, ze jest to sprzeczne z ich kultura. Ojciec Helen wlasnie niedawno zmarl, a mama jest nosicielka wirusa. HIV jest tez problemem wsrod plemion zamieszkujacych poludniowa Etiopie takich jak Bana Murci, czy tez Hummer. Seks jest tam czyms powszechnym, dziewczyna przed wyjsciem za maz nie moze byc dziewica bo to oznacza,ze po prostu nikt jej nie chcial. W etiopskiej telewizji non stop ukazuja sie kampanie namawiajace do uzywania prezerwatyw i wsrod ludzi mlodych spora czesc naprawde ich uzywa.
Z Arba Minch wyjechalismy tak szybko jak to bylo mozliwe do miejscowosci Jinka - calosc trasy z Addis to ok 750km. Wlasnie w okolicy Jinki znajduja sie siedziby kilku plemion, ktore zamierzalismy zobaczyc.

Wodz plemienia Bana
Poznajcie wodza plemienia Bana. Mieszka on w nieduzej wiosce ok 40 kilometrow od Jinki. Jak do niego trafic? Trzeba miec nieco szczescia i trafic na odpowiedniego przewodnika, ktorego kolega jest bratankiem wodza. Slowem - nic trudnego. Zycie wodza plemienia Bana jest sielankowe. Ma pietrowa, 3 pokojowa chate murzynska. Calosc ma wysokosc ok 2 metrow wiec pozycje ktora trzeba przyjac jest zdecydowanie siedzaca. Nie kapie na glowe, jest gdzie sie schronic i ugotowac kukurydze badz zaparzyc kawe z kawowych lupin. Wodz plemienia Bana nie ma szczescia do kobiet. Z jedna zona sie rozwiodl bo nie mogla mu urodzic dzieci, z druga nie ukladalo mu sie w lozku. Wodz porzucil wiec instytucje malzenstwa i obecnie ma po prostu sluzaca, ktora spelnia wszystkie funkcje, ktore powinna spelniac zona. Wodz plemienia Bana jest bogaty. Ma pistolet i kalasznikowa, do tego stado koz, owiec i krow, ktorymi opiekuje sie jego mlodszy brat. W koncu wodz nie moze pracowac, ma na glowie wazniejsze sprawy jak rozsadzanie klotni plemiennych, dbanie o innych czlonkow plemienia. Mlodszy brat bedzie opiekowal sie stadem dopoki nie zalozy rodziny, potem ta funkcje przejmie ktores z dzieci. Wodz jest bogaty, ale nie az tak aby stac go bylo na prawdziwa kawe. Na targu sluzaca kupuje wiec kawowe lupiny, ktore sa nastepnie gotowane i tworza cos w rodzaju kawowego naparu. Kawa rosnie wszedzie, ale przeciez plemie Bana nigdy niczego nie uprawialo, zajmujac sie tylko hodowla. Wszystkie warzywa musi wiec kupowac na targu. Tylko niektore rodziny uprawiaja sorgo, z ktorego robia domowej roboty piwo. Plemie Bana jest bardzo liczne i spokrewnione z plemieniem Hummerow. Maja tez takie same zwyczaje. Aby stac sie doroslym mlodzieniec musi wziac udzial w uroczystosci skakania przez byki. Jesli nie daj Boze spadnie ze zwierzecia zostaje bezlitosnie wysmiany przez kobiety. Dopiero po przejsciu tej inicjacji mlody kilkunastoletni czlowiek jest wystarczajaco dorosly, aby kupic sobie zone. To nie taki proste bo zona przeciez kosztuje i to nie malo, przynajmniej 12 krow, kilka owiec i koz, a czasem nawet wiecej.... Do tego co to za wojownik bez kalasznikowa (3 krowy). Rodzina musi zazwyczaj pomoc wiec mlodemu czlowiekowi, aby mogl sie usamodzielnic...
W plemieniu Bana spedzilismy kilka godzin, potem ruszylismy na targ, a tu... kolejna rzecz dla ferenji... Wiekszosc wiosek zalozyla falszywe stowarzyszenia zerujace na turystach. Aby zwiedzic wioske trzeba wziac przewodnika, ktory kosztuje 100birr, nie chcesz wziac przewodnika? Nie musisz, ale i tak musisz zaplacic. My mielismy swojego przewodnika - Micheal (prawdziwe imie Bati), ktory pomogl nam uniknac tej oplaty. Poszlismy na policje i powiedzielismy, ze chcemy zobaczyc targ i wymagaja od nas oplaty. Policjant przemowil "stowarzyszeniu" do rozsadku i moglismy zobaczyc wiecej ludzi z plemienia Bana sprzedajacych tyton, ozdoby badz tez krowy i kozy. Popoludniu wrocilismy do Jinka
Michael (nasz przewodnik) to dosc ciekawa osoba. Ma okolo 19 lat - sam nie wie dokladnie ile bo plemie Bana, z ktorego pochodzi nie rejestruje urodzin dzieci. Zarabia oprowadzajac turystow. Sam placi za swoja szkole. Rodzina sie go wyrzekla bo nie chce zyc wg zwyczajow plemienia. Jest osoba, ktorej naprawde moglismy zaufac, choc z poczatku mielismy nieporozumienie i myslelismy, ze jest kolejna osoba zerujaca na Ferenji.
Nastepnego dnia wraz grupka poznanych obcokrajowcow z samochodem - Javier i Teresa z Hiszpanii oraz Anthony z Belgii zamierzalismy wybrac sie zobaczyc plemie Murci

Murcii Zoo
Witaj Bialy czlowieku. Chcesz zobaczyc Zoo Murci? Nie ma problemu. Aby tam dotrzec czekaja na Ciebie przeszkody, ktore pokonac musi kazdy Ferenji. Najpierw musisz znalezc samochod. Udalo Ci sie? Poszlo zbyt latwo... W takim razie oplac przewodnika. Nie chcesz? To nic - i tak musisz zaplacic inaczej bedziesz mial problemy. Jakie problemy? Moze lepiej nie pytac. Juz Bialy czlowieku prawie mozesz zobaczyc Murci, jeszcze tylko 100 birr za wjazd do Parku Narodowego, i juz prawie jestes w Zoo. Wez z soba jeszcze straznika bo zwierzeta potrafia byc niebezpieczne (65 birr). W Zoo czeka na Ciebie pijany bileter. Kto nim jest? To wodz plemienia Murci. Za wstep do Zoo trzeba jednak zaplacic. Ile? Wystarczy 100 birr i juz mozesz ogladac Murci. Uwazaj jednak. To dosc agresywne i niebezpieczne zwierzeta. Podchodza do Ciebie, lapia za reke i mowia 5 birr for the photo. Zobacz jakie jestesmy piekne - jakie mamy tatuaze, blizny zdobia nasze ciala, popatrz na moje rozciecie w wardze - moge tam wsadzic olbrzymi drewniany krazek, popatrz na moje dziecko, jak jest pomalowane. Photo Bialy Czlowieku - zrob nam photo, przeciez po to tu przyjechales, po to chciales zobaczyc Murcii ZOO, jedyne takie na swiecie. Nie chcesz tyle zaplacic lub wcale robic zdjec? Uwazaj, bo zwierzeta robia sie bardziej agresywne. Zaczynaja krzyczec, popychac Cie. "Wracaj do Jinki". W koncu uzgadniasz stawke - 1 birr/osobe i mozesz zrobic zdjecie. Trzeba jednak uwazac, aby niechciane zwierzeta nie weszly Ci w kadr...
I jak sie czujesz Bialy Czlowieku? To wszystko Twoja wina. To przez Ciebie niegdys zyjaca wg praw natury wioska Murci zmienila sie w to turystyczne zoo. To Ty zaczales za wszystko placic, wchodzic w zycie Murci ze swoja checia poznania, sfotografowania badzc sfilmowania tego co obce Twojej kulturze. Na szczescie nie wszyscy Murci sa tacy. 2 dni jazdy od Jinki sa jeszcze wioski zyjace tak jak przed wiekami, ale Ty Bialy Czloweiku tego nie zobaczysz. Jestes za leniwy, aby przejechac wiecej niz 60km i obejrzec inna wioske niz Murci Zoo.

Wioska to bylo jedno z najsmutniejszych przezyc w moim zyciu. Porownywalne chyba tylko z wizyta w obozie koncentracyjnym. I tu i tam ludzkosc przybrala swoje ciemne oblicze. Nigdy wiecej nie chce zobaczyc wioski turystycznej. Zobaczyc ludzi wynaturzonych przez pieniadze bialych, popadajacych w alkoholizm i zachowujacych sie jak zwierzeta. Po raz ostatni sie do czegos takiego przyczynilem... Fatalne uczucie.

Po wizycie w wiosce udalem sie Michaelem jeszcze na zwiedzanie okolic Jinki. Moglem zobaczyc rosnace banany, drzewa mango, a przede wszystkim drzewa kawy, ktora obecnie jest jeszcze niedojrzala i zielona.

Jinka - Moyale

Z Jinki wyjechalismy nastepnego dnia rano (jak zwykle 5). Bez problemu zlapalismy autobus do Konso, z ktorego chcielismy dostac sie do Yabello - miejscowosci lezacej na na trasie Addis Abeba - przejscie graniczne w Moyale. Po przyjezdzie do Konso od razu podszedl do nas wlasciciel busa jadacego do Moyale, zarzadal 150birr od osoby. Spokojnie - pomyslilismy jest tu Was wielu, najpierw pojdziemy napic sie kawy, skorzystac z toalety, a potem porozmawiamy o cenie. W tym czasie minibus odjechal. Byl to jedyny srodek transportu jadacy w tamtym kierunku. Trasa Konso-Yabello jest tak uczeszczana, ze postanowilismy poczekac. Przez 6 godzin nic sie nie pojawilo... Nie mamy wyboru, wynajmujemy busa na spolke z kilkoma innymi Etiopczykami, aby dowiozl nas do skrzyzowania. Niedaleko znajduje sie miejscowosc z rynkiem i tam na pewno bedzie sporo autobusow jadacych do Yabello. Niestety ten kawalek 35km kosztowal nas po 100 birr. Stamtad bez problemu zlapalismy autobus do Yabello. Sama jazda byla nieco ekstrymalna. Nasze plecaki jak zwykle wyladowaly na dachu, a my probowalismy zmiescic sie do autobusu, ktory bral udzial w biciu rekordu guinessa na ilosc etiopczykow (i 2 Faranji), ktora sie w nim zmiesci. Na szczescie po ok 30 min. polowa osob wysiadla i bylo czym oddychac. Jazda do skrzyzowania nadszarpnela nasz budzet birrowy, zostaly tylko dolary i nasz nocleg ograniczyl sie do pokoju za 2 dolary. Na szczescie udalo sie po zlodziejskim kursie wymienic 10 dolarow i moglismy pojsc cos zjesc. Tam przysiadla sie do nas urokliwa Etiopka, ktora chciala sie z nami zabrac do Moyale. W podziekowaniu oferowala siebie. Grzecznie podziekowalismy i poszlismy spac. Jutro pobudka o - taaaak 5 rano...

Do Moyale dotarlismy ok 11, tam bez problemu wymienilismy 50 dolarow na szylingi kenijskie, zjedlismy obiad i ruszylismy do przejscia granicznego. Tam niemila niespodzianka - dzis jest niedziela, wiec przejscie graniczne jest otwierane dopiero od 15. Przeciez dzis jest dzien swiateczny i oficerowie musza odpoczywac. Grzecznie tlumaczyl nam jeden straznik... Nic to. Nie zamierzam wydac w tym kraju nawet 1 birra wiecej. Czekamy i bez problemu przechodzimy na kenijska strone.

Czy warto odwiedzic Etiopie?
Caly czas sie zastanawiam nad odpowiedzia na to pytanie. Jest to kraj pelen zabytkow stanowiacych dziedzictwo kulturowe ludzkosci, takich jak zamki Gonder, obeliski w Aksum czy wreszcie koscioly Lalibeli. Jest to tez kraj niezwykle bogaty kulturowo, zroznicowany etnicznie, z przepyszna kawa, specyficzna kuchnia. Jednoczesnie jest to kraj, w ktorym turysci sa oszukiwani na kazdym kroku, w ktorym wydaja sie nie obowiazywac takie podstawowe zasady jak nie kradnij. Podczas czekania w Konso podszedl do nas czlowiek, z ktorym o tym rozmawialismy. Nie za bardzo rozumial o co nam chodzi. Jak to - mowil - przeciez jestescie bogatsi od Etiopczykow - to naturalne, ze powinniscie zaplacic wiecej. Nie zanalaz odpowiedzi na pytanie dlaczego bogaci Etiopczycy, ktorych tez jest sporo nie placa Ferenji prices. Czy wroce do Etiopii jako turysta - raczej nie. Podrozowanie w tym kraju jest niezwykle meczace psychicznie. Na wszystko trzeba uwazac, na wszystko zwracac uwage, codziennie wyklocac sie o cene, codzeiennie uwazac na ludzi. Problem tkwi wlasnie w psychice Etiopczykow, ktorzy nie uznaja pomocy za darmo. Pokazalem Ci droge do hotelu - zaplac; dalem Ci kilka wskazowe - plac; zdjalem plecak z dachu autobusu - kasa, takich sytuacji na co dzien byly dziesiatki, jak nie setki. Do tego wszedzie natarczywe dzieci z wyciagnietymi rekami wolajace - give money, 1 birr, pen. Jakby wlasnie tego byly uczone przez doroslych...Zdecydowanie jest kilka krajow z porownywalnymi zabytkami, a bez tych wszystkich problemow. Jesli zastanawiacie sie nad podroza do Etiopii - pomyslcie jeszcze raz, a potem raz jeszcze....

Moyale - Nairobi - My i 140 koz i owiec
W Moyale bez problemu znalezlismy pokoj. Ceny w Kenii sa wyzsze niz w Etiopii, ale zdecydowanie zmienila sie atmosfera miejsca. Brak dzieci, ktore wyciagaja reke i, jedyne co slyszelismy to high. Ludzie bez prolemu mowiacy po angielsku - w Kenii to rzeczywiscie drugi jezyk. Weszlismy do knajpki i zaplacilismy lokalna cene. SLowem - odpoczynek po etioskich uzeraniach sie. Niestety autobusy z Moyale odjezdzaja co drugi dzien i nastepny odjezdzal pojutrze, co oznaczaloby pozostanie na jeszcze jeden dzien w miejscu, w ktorym za bardzo nie ma co robic. W hotelu naganiacz dwoil sie i troil, aby sprzedac nam bilety autobusowe, albo wciasnac do ciezarowki. Zapytalismy kilka osob (informacja za darmo) i powiedzieli, ze codziennie okolo 8 rano odjezdzaja z Moyale ciezarowki i bez problemu znajdziemy w nich miejsce. Nastepnego ranka (na szczescie nie 5 rano) udaje nam sie znalezc jedna z nich. Cena transortu do Nairobii - 1300 szylingow kenijskich - ok 18 dolarow za ponad 1200km. Nasza ciezarowka byla jeszcze pusta. DOpiero po drodze miala dostarczyc nam wspollokatorow. Nasze plecaki laduja wiec przywiazane do krat na gorze, a my w kabinie kierowcy Mohameda.Niestety jedziemy dluzsza trasa przez Garise (po drodze zblizajac sie na ok. 100km do granicy z Somalia). Sama podroz nie nalezala do najwygodniejszych. Oprocz nas do kabiny dolaczyla jeszcze mloda dziewczyna jadaca do rodziny (ani slowa po angielsku). Droga nalezala do najgorszych jakimi podrozowalismy. Dopiero ok 500km od Nairobii zaczal sie asfalt, miejscami przypominajacy ser szwajcarski. Do tego czas przejazdu.... Ok 17 dojechalismy do miejsca zaladunku koz i owiec, ktore pojawily sie poltorej godziny pozniej. Do naszej kabiny doszla jeszcze jedna osoba, a na pake jeszcze 3. Gdzies tam nad kozami spoczywaly nasze plecaki. Z Adrianem probowqalismy ulozyc sie z tylu na waskim siedzeniu za kierowca. Udalo sie przespac rwanym snem najwyzej kilka godzin. Niestety siedzenie z tylu nie mialo zadnych sprezyn. Czulismy wiec na plecach, posladkach, nogach kazda dziure w drodze, kazda nierownosc..., za nami slychac stukanie, beczenie zwierzat. Do tego jedzenie w Kenii jest paskudne... 3 dni pod rzad koza z ryzem... Pozywne, ale mozna dyskutowac co do walorow smakowych. Niestety od Brytyjczykow przejeto takze kuchnie - jak herbata to z cukrem i mlekiem. Ok 3 nad ranem dotarlismy do Garisy, tam kierowca zdrzemnal sie 3 godziny i o swicie dalej w droge. Ok 7 zatrzymalismy sie ponownie. Trzeba napoic zwierzeta. Zajelo to im - 4 godziny! Do Nairobi dotarlismy ok 17 po drodze lapiac busa, ktory dowiozl nas do centrum.

Nairobii
Nairobi jest najwiekszym miastem w Kenii, zamieszkalym przez okolo 2,5 miliona osob. Jest tez miejscem najbardziej niebezpiecznym - nie bez powodu zwanym Nairobbery. Postanowilismy nie oszczedzac i wynajelismy najdrozszy jak do tej pory pokoj za okolo 25$. Jaka to ulga wziac prysznic po 4 dniach, zmyc z siebie kurz drog, brod autobusow, lozek. Polozyc sie w czystej poscieli, ogolic sie. DO tego nasz pokoj ma 2 lozka - po raz pierwszy ok 17 dni nie bedziemy z Krajewskim dzielic jednego. To

Napisał piotr dnia 2010-06-30 o 12:44:50








Dodaj komentarz


Komentarze

Troche ucielo ten Piotrka wpis - male problemy techniczne, bo wpis okazal sie za dlugi...mea culpa... Postaram sie to naprawic, jak tylko zaloza mi Internet na nowym mieszkaniu :)

Karol
2010-06-30 17:53:06