avatar blog

Hakuna matata

Jestem ignorantem, bo naprawde bylem przekonany, ze ten rozslawiony przez 'Krola lwa' zbitek slowny nic nie znaczy. Otoz znaczy. W Suahili, jezyku kenijskiej ulicy, tlumaczy sie ow fraze na 'no problem'. Napisalem 'jezyku ulicy', gdyz przybyli tu onegdaj Anglicy, oprocz ruchu lewostronnego i swoich elektrycznych gniazdek, zostawili tez tutejszym swoj jezyk, ktory zyskal sobie miano urzedowego. Angielski jest tu wszedzie - od na zachodnia modle krojonych sloganow reklamowych po restauracyjne menu. Kazda wioska, w ktorej zatrzymywalismy sie z naszym transportem koz na drodze do Nairobi witala nas juz nie zgraja zebrzacej dziatwy czy miejscowych cinkciarzy, ale usmiechnieta gawiedzia, wsrod ktorej zawsze byl ktos wladajacy nad wyraz plynnie jezykiem wyspiarzy. Kupujemy pierwsze gazety i zaczytujemy sie bez reszty w relacjach z mundialu, czy w anonsach o... wyborach prezydenckich w Polsce.
Zadziwia mnie to, jak wiele sie zmienia w Afryce po przekroczeniu ktorejkolwiek granicy. Mozna by sie spodziewac, ze akurat na tym kontynencie bywaja one umowne, podczas gdy nasze doswiadczenia zadaja temu klam. Jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki zmieniaja sie tu jezyki, rysy twarzy, kultura, zwyczaje, nastawienie. W Kenii, oprocz tego, ze zamiast chatu zuje sie tu chwast o nazwie miraa i tego, ze mezczyzni (poza miastem) lubuja sie w noszeniu czesto fikusnie zdobnych choc prostych w kroju spodnic, zmienilo sie jeszcze jedno - pojecie wielkomiejskosci.
Zakochalem sie. Aglomeracje sa moimi przyjaciolkami. Oddycham w nich, choc czasem nie ma czym. Umiem z nimi rozmawiac i w nich sie poruszac, w tych miastach-panstwach. Swego czasu odurzyl mnie juz na dobre Londyn. Zjechawszy prawie cala zachodnia Europe, stwierdzam, ze to jedno z tych niewielu miast kontynentu, w ktorych moglbym sie zadomowic, na ktore moglbym zamienic Warszawe. Warszawe z jej eklektyzmem wszelkim, tempem, ktore potrafi prawdziwie pokochac chyba tylko warszawiak. Zwyklem powtarzac zaslyszana kiedys sentencje, ze Warszawe kocha sie jak brzydka siostre. Oczywiscie, moge sie tylko domyslac slusznosci tego stwierdzenia, bo moja siostra jest przeciez najpiekniejsza (tezy tej zajadle broni moj ukochany maloletni siostrzeniec)...
Nairobi. Przezywaja je 'Nairobbery', nazywaja miejska zakala Kenii. Wszystkie drogi rozchodza sie od niej jak promienie sloneczne, wiec po dwudniowej pielgrzymce z kozami za plecami, ktora naszego kierowce kosztowala krocie ponad koszt benzyny (kazdorazowa kontrola policyjna, a bylo ich kilkanascie w czasie podrozy, kosztowala okolo 100 kenijskich szylingow, czyli troche ponad jednego $, odpowiednio wczesniej przygotowanych w celu zaspokojenia roznych chcic panstwa wladzy), wysiedlismy na przedmiesciach tego zlowieszczego miasta. Otrzepalismy sie z pomaranczowego kurzu i wesolym, kolorowym autobusem miejskim dotarlismy do jego centrum w oparach bardzo glosno puszczanego wewnatrz hip-hopu wraz z podkladem wizualnym zapodanym na spuszczanym z sufitu ekranie TV. Przeogromne korki, scisk i pisk byly zapowiedzia tetniacej zyciem aglomeracji na europejska modle, zyjacej wrecz na bakier z reszta kraju. To miasto-wyspa ma szerokie ulice, upstrzone jest modernistycznymi wiezowcami i drapaczami chmur sciana w sciane z budynkami postkolonialnymi, ogromnymi reklamami, przepuszcza rzeki elegancko ubranych przechodniow - wpadlem w ten nurt i nie chcialem wyjsc. Addis, Chartum, nawet Kair - choc nieporownanie wieksze - nie umywaja sie i nikna w porownaniu z wielkomiejskoscia Nairobi, gdzie moga cie obrabowac i zabic (to raczej na biednych przedmiesciach), ale tez gdzie dostaniesz wszystko w otwartych 24 godziny na dobe supermarketach. Nagle jednorodna dieta reszty Kenii, wywolujaca tesknote nawet za etiopskim gorzkawym plackiem (zwanym injera), ustepuje miejsca roznorodnej kuchni umilanej dziesiatkami kafejek; rozczulajace mnie przybytki pod haslem 'Cafe & Butchery' na kenijskiej prowincji zamieniaja sie tu w oryginalne puby z muzyka miksowana na zywo przez rezydujacego dj'a. Mielismy tu zabawic przelotem kilka godzin, zostalismy lacznie na trzy noce. Najpierw wynajelismy najdrozszy w naszej dotychczasowej kolekcji hotel (rownowartosc $20 za dzien), wzielismy po cieplym i dlugim prysznicu, oddalismy rzeczy do prania i zdecydowalismy sie na krotka drzemke przed meczem Hiszpania-Portugalia. Przespalismy 12 godzin.

Napisał adrian dnia 2010-07-05 o 17:35:17








Dodaj komentarz