avatar blog

Z glowa w chmurach

Zdobylismy ja. Obaj. Po nocnym podejsciu, okolo godziny 5.00 nad ranem. Trudna byla i z poczatku niechetna. Nie przyjmowala kart, wiec musielismy wysuplac gotowke w walucie wymiennej. U dolu zarosnieta, zapuszczona. Im wyzej, tym bardziej odkryta, ale i zimna; wymagajaca i coraz bardziej wyniosla. Sypialismy w prowizorycznych chatkach, na pozal-sie-Boze materacach, gdzie ziab i wilgoc. Sypialismy we wszystkim co mielismy. Walka funkcji zyciowych z zimnem, chwilowych potrzeb z okolicznosciami, pragnienia z kokieteryjna odmowa strony drugiej. Nasza higiena okazjonalna miska z letnia woda, wiec zarastamy zarostem i brudem. Nasza dieta codzienny marny omlet plus zupa warzywna, wiec rzygamy nimi, ale nie soba nawzajem. A juz na pewno nie nia.
Doprowadzil nas do niej przewodnik, troche szemrany jej dyspozytor o prawie szekspirowskim imieniu Prosper, wraz z piatka brudnych tragarzy o demonicznych, przekrwionych oczach. Zdobylismy ja po szarmancku - powoli. U dolu 3 godziny podchodow, po czym im wyzej, tym dluzej - 5 godzin w polowie, kolejnych 5 w partii gornej, by po kilku godzinach oddechu w zimnie, o polnocy, przy swietle czolowek, po zboczach stromych, patrzac sobie na stopy, powoli dojsc. Gdzies niepostrzezenie przebijamy sie przez poziom chmur w otwarte niebo, ale patrzac na stopy nie widac az tak dobrze gwiazd. Lapalismy oddech bo na takich wysokosciach brak tchu czasem. Glowa sie wylacza, cialo automatyzuje, krok za krokiem, ruch za ruchem, raz - dwa, raz - dwa. Przerwy sa krotkie bo i inne nie moga byc. Wokol minus 20 stopni i mrok.
W tak ciemna noc muskamy ksiezycowych polaci gornych partii, lawirujac jak umiemy najdelikatniej, najspokojniej acz jak najbardziej zdecydowanie ('Pole, pole!' czyli 'Powoli, powoli!', krzyczy Prosper) miedzy blizniaczymi szczytami Kibo i Mawenzi, zdobywajac ja od strony wschodniej, szlakiem Marangu, starajac sie ssac lapczywie wode spomiedzy grodek lodu w pojemnikach, zamykajac oczy przy przelykaniu, ktore daje rozkosz ale i szczypie, i kluje. Wokolo nas juz bialo od zalegajacego sniegu. Ruszamy wiec dalej, bez zastanawiania, na slodkiej inercji, za krokiem krok i za ruchem ruch. Niby wygasly, ale przeciez wulkan. Juz niedlugo.
Szczyt jest w Uhuru. Wyrzuca nas 5892 m npm i na chwile kamieniejemy, tumaniejemy. Miarowe, szybkie oddechy, tepy, mdly wzrok, drgawki po calym ciele. Krew pulsuje w skroniach po tak naglym zatrzymaniu, adrenalina rozsadza mozgi jeszcze mocniej niz przez trzy ostatnie dni podchodow.
Doszlismy przed wschodem slonca. Za wczesnie!
Nagle uderza ten mrok. Jakbysmy plywali w mocnym espresso. Nie mozemy dluzej czekac, bo zamarzniemy. Powoli schodzimy, a slonce wstaje. Cisza i majestat tego, co swiatlo wydobywa wokol nas, uspokaja. Widzimy wawozy i zaulki, wzniosy i zalamania na wyciagniecie reki, niewidoczne w mroku, glaskane teraz wzrokiem. Czas na krotki sen, po czym dwa dni zejscia do dolnych partii i pozegnanie z dostojna i zimna Kilimanjaro.

Napisał adrian dnia 2010-07-10 o 13:46:08








Dodaj komentarz


Komentarze

Twoje opisy ścinają krew w żyłach; dobrze, że najważniejsze (i najtrudniejsze) etapy wyprawy już za Wami. Boli w dołku z wysiłku nawet gdy się o tym tylko czyta.

sistera Adriana
2010-07-13 16:21:49