avatar blog

Kilimandzaro - trasa CocaColi

Witam z Dodomy, politycznej stolicy Tanzanii, za nami pelna wysilku wyprawa na najwyzszy szczyt Afryki Kilimandzaro...

Trasa CocaColi

Kilimandzaro... Najwyzszy szczyt Afryki, najwyzsza samotnie stojaca gora na swiecie, jeden ze szczytow korony ziemii wyrastajacy sie nad otoaczajacy go rowniny na wysokosc 5895m n.p.m. na pograniczu Tanzanii i Kenii. W jej sklad wchodza 3 szczyty Shira o wysokosci 3940m, Mawenzi, ktore stracilo juz swoja sniezna pokrywe (5150m.npm) oraz Uhuru swiecace biela lodowcow... Na najwyzszy szczyt wioda 3 trasy. My wybralismy jedyna, ktora mozna zrealizowac w 5 dni o nazwie Marangu. Tubylcy nadali jej nazwe CocaCola Route (Trasa CocaColi), poniewaz podejscie jest podobno najlatwiejsze. Nie dajcie sie jednak zwiesc ta nazwa. Jest ona aktualna tylko do pewnego momentu... Pierwszy dzien to rzeczywiscie mila wedrowka. Zaczynamy od bramy Marangu na wysokosci ok 1900 m. npm. To juz ponad 1000metrow wyzej niz Moshi, w ktorym spalismy. Jest dosc chlodno i mzy deszcz, nasza trasa wiedzie przez tropikalna dzungle, buty slizgaja sie w blocie. Dzis do przebycia tylko 8km do znajdujacej sie na wysokosci 2700m.npm bazy Marangu. Tam najdrozszy "hotel" w Afryce... Za przenocowanie w chatce 4 osobowej trzeba zaplacic po 50 dolarow/osobe.... co stanie sie juz regula naszej wyprawy. Towarzyszy nam nasz przewodnik Prosper, jego zastepca Peter, kelner Zigi oraz 3 tragarzy. Zostajemy na noc, trzeba przyzwyczaic organizm do zmiany wysokosci. Wiekszosc osob ta trase pokonuje jednak w 6 dni, wykorzystujac dodatkowy dzien na aklimatyzacje. Nastepnego dnia docieramy do kolejnej bazy - Horombo. Tym razem tempo nadaje nasz przewodnik. Mowi, ze wczoraj wchodzilismy zbyt szybko. 12km pokonujemy wiec w 5 godzin. Baza znajduje sie kolejny 1000m wyzej. Chwila odpoczynku i do przejscia jeszcze 3,5 km w gore do Zebra Rocks i powrot do bazy. Te dodatkowe 7 kilometrow zaczynamy czuc w nogach. Niepotrzebny wysilek. Nastepnego dnia zaczynamy gorski maraton. W 36 godzin bedziemy miec do przejscia prawie 40km. Po drodze spotykamy grupe z Polski. Z 16 osob na szczyt weszlo tylko 7. Noc bardzo niespokojna. Daja sie we znaki wysokosc, rozrzedzone powietrze, a takze nerwy i ciagle powtarzajace sie pytanie - czy dam rade? Trzeba jednak jakos zasnac, trudno jednak wylaczyc gromadzace sie mysli. Pobudka o 7, sniadanie i dalej w droge. Tym razem do przebycia 10km i wejscie na wysokosc 4800m do bazy Kibo. Zmienia sie krajobraz. Juz dawno zapomnielismy o tropikalnej dzungli przy Mandarze, znikla tez alpejska laka przy bazie Horombo. Przed soba mamy skale, i tylko skale. Nad nami wznosi sie coraz blizej bialy szczyt Uhuru. Dochodzimy do przeleczy 4300m.npm. Wieje mocny wiatr. Na sobie mamy juz cieple rzeczy. Juz dawno weszlismy ponad chmury, swieci ostre slonce, bez przyciemnnionych okularow nie mozna sie obejsc. Jak na razie podejscia sa latwe. Idziemy caly czas pod gore. Na przeleczy chronimy sie przed wiatrem za glazami. Chwila odpoczynku, przygotowany wczesniej lunch, kolejny lyk wody. Pijemy duzo. Okolo 4 litry dziennie. To bardzo wazne, pomaga przyzwyczaic sie do wysokosci i warunkow panujacych na gorze. To juz 3 dzien wedrowki i 4 tysiace metrow wyzej niz punkt poczatkowy czyli Moshi. Docieramy do Kibo. Ciagle wieje, temperatura spada tez z kazdym metrem wysokosci. Obiad o 16 i staramy sie zdrzemnac. Maraton juz sie zaczal. O polnocy zaczynamy ostatnie podejscie. Z Kibo widzimy juz podejscie do punktu Gilmana znajdujacego sie ponad 5600m npm. Z tej perspektywy wejscie wydaje sie prawie pionowe. Nie martwcie sie - mowi Prosper - bedziemy szli zygzakiem. Pole, pole - powoli, powoli. W Kibo spimy w wieloosobowej sali. Z nami grupa Kanadyjczykow, Norwegow, 2 Dunki oraz Chinczyk. Wszyscy maja zaczac wejscie o polnocy. Staram sie zasnac. Praktycznie niemozliwe. Przewracam sie z boku na bok. Slysze jak obok robia to inni. Zerkam co chwila na zegarek. Czas wlecze sie niemilosiernie. Zasypiam i znow budze sie. Rozrzedzone powietrze i nerwy. W koncu zmeczenie bierze gore. Udaje mi sie przespac 2 godziny. Pobudka o 23, ale w zasadzie i tak nikt nie spi. Ostatnie przygotowania do wejscia na szczyt. U nas sprowadza sie to do nalozenia spodni, tshirta, polara, kurtki z goretexu, butow trekingowych, czapki i rekawiczek. Turysci z zachodu sa zdecydowanie lepiej przygotowani. Nakladaja na siebie kolejne warstwy ubran. Temperatura w baraku - 5 stopni. Na zewnatrz - ponizej zera. Na szczycie Uhuru - minus 10 stopni. Lyk goracej herbaty dla rozgrzania zoladka. Minela polnoc. Zaczynamy wedrowke. Prosper wrecza nam po butelce wody. Wsadzam ja do kieszeni korkiem do dolu, aby nie zamarzla. Po pewnym czasie i tak zaczynaja sie pojawiac igielki lodu. Tempo nadaje Prosper. Docieramy do podejscia. Za nami zostaly inne grupy. Jest ciemno. Wspinamy sie przy swietle czolowek. W dole widac inne blyskajace swiatelka. Wieje zimny wiatr. Kazdy przystanek to pozywienie dla mrozu. Zatrzymujemy sie tylko dla uspokojenia oddechu. Zaczyna sie zmaganie z samym soba i podejscie do punktu Gilmana. Trzeba wylaczyc myslenie. To nic nie da. Po prostu patrze sie przed siebie. Widze w swietle latarki nogi Prospera. Krok, za krokiem, krok za krokiem. Tylko to jest teraz wazne. Nie mysl, wspinaj sie. Chwila przerwy. Trzeba znow uspokoic oddech. Pij - mowi Prosper. Przez gardlo przeplywaja kawalki lodu. Idziemy zygzakiem, a wydaje sie jakbysmy wspinali sie pionowo. Co chwila opieram sie o skaly. Juz niedaleko - mowi Prosper. Zerkam na zegarek - chwila po 3. Slonce wzejdzie dopiero ok 6.30,a my juz jestesmy prawie przy punkcie Gilmana. Teoretycznie wejscie tam zajmuje 5 godzin. Nam zajelo niecale 4. Nie ma szans aby poczekac. Kazda chwila przerwy to atak zimna. Zaczynamy sie trzasc. Idziemy dalej. Trzeba sie zmusic do wysilku. Ostatnie kroki i widzimy tablice - punkt Gilmana. Ruszamy dalej. Do szczytu Uhuru jeszcze kawalek. Juz prawie piata. Pod nogami nie ma juz skaly, ale lodowiec. Szkoda, ze nie mozemy tego zobaczyc.Wszedzie czarno. Wieje zimny wiatr. Po 5 docieramy do tablicy - witamy na najwyzszym szczycie Afryki Uhuru. Wkurzenie na Prospera! Po co tak gnal. Jestesmy na szczycie, ale zdjecia trzeba zrobic przy pomocy lampy blyskowej. Wyjmuje znaczki otrzymane od Elizy. Przypinam jeden z twarza Kowala do tablicy na najwyzszym szczycie Afryki i robie zdjecie. Chwila bez rekawiczek i rece juz bez czucia. Minus 10 i silny wiatr. Nie mamy szans, aby poczekac na swit. Gdzies tam na horyzoncie widac swiatlo, ale my juz zaczynamy zejscie. Czuje drzenie miesni. Patrze na Adriana. Ma sina twarz. Na pewno wygladam tak samo. Docieramy do Gilmana, tam spotykamy pierwsze osoby z grupy, ktore wyszly z bazy Kibo razem z nami. Zaczyna sie robic jasno. Odwracam sie i widze przepiekny widok na lodowiec. Nie mam sil robic zdjec. Nie wystarczy wejsc na gore, ale trzeba z niej tez zejsc, a przede mna jeszcze 2 godziny marszu. Idziemy w dol. Propser lapie mnie za lokiec i zeslizgujemy sie wprost zlebem. Za kazdym slizgiem pokonujemy kilka metrow. Nogi mi wysiadaja. Na szczescie zaczyna sie robic cieplej. Do Kibo docieramy ok 8.30. Ostatnie kilkaset metrow pokonuje bardzo powoli. Nogi nie chca byc posluszne. Nareszcie do nas to dociera. Udalo sie! Weszlismy na Kilimandzaro!

Nie bylem przygotowany na to co mnie czeka. Wejscie na ta gore to nie niewinny treking. Trasa CocaColi jest taka tylko do podejscia do punktu Gilmana. Wiele osob zawrocilo nie dochodzac tam, albo konczac, nie majac sil na wejscie na szczyt Uhuru.Bez odpowiednich przygotowan wejscie jest mozliwe, ale wysilek byl ogromny. Dodatkowo po 3 godzinach snu, czekal nas jeszcze 10 kilometrowy marsz do bazy w Horombo. 40 km pokonane. Nastepnego dnia kolejne 20 kilometrow zejscia do Marangi i dojazd do Moshi. Kilka osob z biegajacych maratony powiedzialo, ze wejscie na Kilimandzaro to nieporownywalnie wiekszy wysilek. Nam wejscie na Uhuru zajelo nieco ponad 5 godzin. Wiekszosc osob wspina sie w 7.

Do Moshi dotarlismy po okolo godzinnej jezdzie Daladalad - czyli minibusem. W siedzibie biura, za pomoca ktorego wchodzilismy na gore wreczylismy napiwek naszemu przewodnikowi. Ma go podzielic takze pomiedzy pozostalych czlonkow naszej ekipy, ale najprawdopodbniej zostawi calosc dla siebie. Nie pomyslelismy i nie dalismy pieniedzy do reki kazdemy z nich osobiscie. Prosper do tego tez nie dopuscil wsadzajac nas szybko do minibusa. Chwila odpoczynku w hotelu, nareszcie prysznic, padamy. Po godzinie idziemy na dworzec kupic bilet autobusowy do Dodomy na nastepny dzien. Adrian kilkukrotnie mowi, ze ma dosc. Wieczorem po raz pierwszy w ciagu calej naszej podrozy mowimy sobie kilka ostrych slow. Ja jestem egoista, ktory patrzy tylko na siebie, nie slucha tego co sie do mnie mowi, planuje kolejne dni nie konsultujac tego z Adrianem, ktory czuje sie dodatkiem do podrozy, jest zmeczony, ma dosc, a ja jestem bufonem, ktory nosi glowe wysokos w gorze. Adrian natomiast ma problemu z komunikowaniem sie i asertywnoscia, jak chcial luznego dnia to czemu tego wprost nie powiedzial, przeciez nie bede sie domyslal tego co on czuje. Ja tez wszedlem na ta pieprzona gore, ale moge jechac jutro 12 godzin autobusem, dodatkowo skoro nie interesuje sie planowaniem podrozy to ta czesc wzialem na siebie. Mecz o 3 miejsce w Mistrzostwach Swiata ogladamy w roznych miejscach. Wieczorem przybicie piatki, wyjasnienie calej sytuacji i nastepnego dnia podroz do Dodomy.

Dodoma jest polityczna stolica Tanzanii i tu w zasadzie moznaby skonczyc opis tego miasta. Poza siedziba parlamentu, uniwersytetem nic tu nie ma. Turysci w zasadzie tu nie dojezdzaja. Docieramy do niej ok 19.30. Dodatkowo okazuje sie, ze akurat zjazd ma najwieksza partia w kraju i prawie wszystkie miejsca hotelowe sa pozajmowane. Ostatecznie udaje nam sie znalezc jeden pokoj, ktory nieco tylko rozni sie standardem od nory. Dodatkowo w hotelu nie ma wody. Idziemy w takim razie do restauracji w innym. Jestesmy wsciekle glodni. Chcemy cos zjesc i obejrzec mecz, a tu pokazuja - obrady jedynej rzadzacej partii i przemawiajacego prezydenta. Na szczescie na jednym z telewizorow puszczono tez mecz. Postanowilismy zostac w Dodomie jeden dzien i odpoczac po trudach Kilimandzaro. Po raz kolejny okazalo sie jednak jak zgubne sa mapy w Afryce. Dodoma wydaje sie byc w polowie drogi z Moshi do Mbeyi przy granicy z Malawi. Niestety drogi asfaltowej tu nie ma, a jedynie szutrowa. Aby dostac sie z Moshi do Mbeyi przez Dodome musimy wiec nadrobic 500km, cofajac sie do wybrzeza droga asfaltowa. Decyzja o ruszeniu sie z Moshi nie byla wiec najszczesliwsza... Jutro czeka nas kolejny dzien w drodze - 12 godzin do Mbeyi, nastepnego dnia powinnismy dotrzec do Malawi

Kilka spostrzezen

System platniczy Parku Narodowego Kilimandzaro
Oplaty za parki narodowe w Tanzanii sa porownywalne do tych w Kenii. Koszt 1 dniowego pobytu to 60$, dodatkowo kazdy ma obowiazek nocowania w chatkach (50$ za noc) badz namiotach (40$) w zaleznosci od obranej trasy. Calosc oplat 5 dniowej wyprawy to 500$+20$ ubezpieczenia. Wiekszosc osob wchodzi na ta gore w 6-7 dni. Olbrzymie pieniadze. Dodatkowo nie mozna tej kwoty uiscic w gotowce, a jedynie za pomoca karty platniczej. I tu zaczynaja sie problemy. Niestetety zadna z posiadanych przez nas kart nie dzialala. Ostatecznie udalo sie zaplacic przy pomocy jednego z tubylcow - dalismy mu gotowke, a on uzyl swojej karty...

Czego nie potrzeba aby wejsc na Kilimandzaro, a co moze byc przydatne - lista rzeczy
- kijki to wspinaczki - pomagaja odciazyc kolana i stawy
- maly plecak - mozna w niego wlozyc wode, albo lunch (mozna tez nosic w kieszeniach)
- tabletki do odkazania wody - wode butelkowa dostaje sie tylko do polowy trasy potem pije sie zrodlana, nam na szczescie nic nie bylo
- batony badz czekolada - niezbedny ladunek energetyczny, zwlaszcza przy ostatnim podejsciu. My oczywiscie ich nie kupilismy, ja zwlaszcza jednego wieczoru mialem ochote na cos slodkiego, akurat naszla mnie ochota na slodkie jagody, ale to moze po powrocie do kraju. Oczywiscie czekolade tez bym zjadl ze smakiem
- czapka zimowa/kominarka - zwlaszcza ta ostatnia przydatna, aby zaslonic usta i nos; pomaga zapobiegac odmrozeniom podczas ostatniego podejscia, ja oddychalem przez kawalek materialu
- rekawiczki - na szczescie mozna wypozyczyc:)
- cieple spodnie - najlepiej narciarskie, chroniace przed mrozem i wiatrem
- ciepla kurtka - nie oznacza to goretexu i polaru - to nieco za malo
- termos - ciepla herbatka na szczycie? Marzenia....
- tabletki przeciw chorobie wysokosciowej - przydatne jesli ktos potrzebuje, niektorzy uzywali my mielismy, ale niepotrzebowalismy
- ciepla bielizna
- kalesony/getry
- chusteczki nawilzone - na gorze nie ma gdzie sie umyc, a my oczywiscie zostawilismy na dole w Moshi

Napisał piotr dnia 2010-07-12 o 12:45:17








Dodaj komentarz


Komentarze

Czyli przeszlas wszystkie trasy, tak?

adrian
2010-07-30 18:34:58

Kilka komentarzy, ale bardzo istotnych - niestety wybraliście najnudniejszą i najbrzydszą drogę na szczyt, ale to już Wasza strata. Co do wskazówek - nie polecam na szczyt brać czekolady ani klasycznych batonów - zamarzną i można połamać zęby, trzeba kupić specjalne batony lub żele energertyczne dostępne w każdym sklepie sportowym. Ale i tak gratuluję :)

Gosia
2010-07-28 20:08:18

No, bracie i Adrianie gratuluję, ale i zazdroszczę oczywiście. Będzie co opowiadać i już się nie mogę doczekać aż wrócicie. Ponadto szacun za ten znaczek na szczycie i myślę, że właśnie Kowal dodał wam sił, aby dotrzeć na szczyt mimo trudności

Karol
2010-07-17 01:54:14

Gratulacje.Może teraz pomyślicie o normalnym hotelu,relaksie,rozrywce i wypoczynku.Wybrzeże Zanzibaru posiada piękne rafy i bogactwo ryb.Trochę przyjemności skutecznie zatrze pamięć trudnych momentów w trampingu.
Pozdrawiam z Olsztyna

Eugeniusz Domański
2010-07-16 01:22:46

Teorię Czterech Kryzysów Wędrowca.
Kryzys ciała - brakuje Ci energii
Kryzys umysłu - bierze Cie głupawa
Kryzys woli - juz Ci się nie chce
Wszystkie trzy mogą występować w oddzielnie, jak i następować w dowolnych połączeniach i kolejności.
Kryzys totalny - połączenie trzech poprzednich: nic już nie czujesz, nic cię nie rusza i masz wszystko w dupie. Czasem mylony z taoistycznym stanem oświecenia;)

Widze ze chyba dopadł Was ten czwarty;)

Gratuluję zdobycia szczytu, tak Was czytam i czytam i moge tylko zazdroscic
Wracajcie szczesliwie !

zośka
2010-07-13 23:05:38

Wyjątkowe miejsce, wyjątkowy gest tam na górze, pamięc o innych... To właśnie ta charakterystyczna nieprzeciętnośc!!!

ania
2010-07-12 16:09:25