avatar blog

Kongres partii miast finalu

O skladzie finalistow pierwszego w historii mundialu 'na afrykanskiej ziemi' (tak tu sie najczesciej do tego odnosza) dowiedzielismy sie na wysokosci odpowiednio 2700 (Holandia) i 3700 m npm (Hiszpania), dzieki mojemu niezlomnemu przyjacielowi Kubie, ktory raczo slal mi smsy z wynikami i krotkimi opisami bodaj kazdego meczu mistrzostw.
Na najwyzszej gorze kontynentu nie mieli telewizji. Upewnialismy sie... Tym bardziej cieszylem sie z naszego sobotniego zejscia z tejze, gdyz umozliwialo to nam zobaczenie meczu o trzecie miejsce pomiedzy Niemcami a Urugwajem, jak i sam final dzien pozniej. Bylismy pelni nadziei.
Poklocilismy sie. Wlasciwie pozarlismy. Nasze lydki i stopy spuchly z bolu i trudu, i nawet goracy prysznic, pierwszy po pieciu dniach gorskiej wedrowki, nie zdolal nas odnowic i odpowiednio nastroic. Wybucham, bo chce dodatkowy dzien spedzic w Moshi przed wyjazdem do stolicy Tanzanii, Dodomy, podczas gdy dosc automatycznie zakupilismy bilety na nastepny dzien rano, co dalo nam tylko jedna noc odpoczynku po wyczynie zycia. Maly final ogladamy oddzielnie - ja gdzies tam, Piotrek gdzies tam, obaj przy piwie, ktorego juz dawno nie bylo. Musze byc calkiem nieswoj, bo imponuja mi Niemcy swoim zgrabnym, grupowym stylem. Im kibicuje, oni zdobywaja trzecie miejsce po pieknym meczu z Urugwajem, wiec do pokoju wracam w koncyliacyjnym nastroju. Tlumaczymy sobie wszystko z Piotrkiem, przepakowujemy i zasypiamy - jutro autobus 7.00 do Dodomy.
Spodziewany przyjazd: godzina 17.00. Na szczescie okazuje sie wygodny. Stwierdzamy brak kur tudziez innego zwierza hodowlanego i oddychajac gleboko probujemy zasnac, by nie czuc bolu nog.
Nasz wehikul tragicznie sie spoznia. W Dodomie jestesmy przed 20.00, skrajnie wymeczeni, trafiajac do miasta, ktorego stolecznosc warunkuje tylko to, ze znajduje sie ono mniej wiecej posrodku kraju. Dodoma w jakims jezyku musi oznaczac dziure w ziemi, bowiem nie ma tu nic - prad zawraca i ptaki nie dolatuja, a poza bodaj dwiema glownymi ulicami reszta nie zaznala asfaltu. Kazdy przejezdzajacy samochod wznieca chmure dymu, opadajacego niemilosiernie na przechodniow i milion okalajacych owe drozki sklepow/sklepikow. Jest juz ciemno i glucho, wiec to miejsce na mapie Tanzanii, miasto niedokonczone, poronione, przypadkowe, sprawia tym bardziej niestrawne wrazenie. Obeszlismy wszystkie hotele i guest house'y - nie ma miejsc... W miescie panuje podniosla atmosfera, bowiem zjechali sie wszyscy dygnitarze rzadzacej tutaj wszystkim prezydenckiej partii CCM (Chama Cha Mapindzu - Partia Rewolucji), pozostalosci zapoczatkowanego w latach 60. i ciagle pokutujacego systemu jednopartyjnego. Telewizorami calego miasta i tutejszego swiata wlada jeden czlowiek, prezydent Jakaya Mrisho Kikwete, mezczyzna o gladkiej aparycji pewnego siebie watazki, patrzacy na swiat przez okulary w lekkiej oprawie, mowiacy ewidentnie krotochwilnie ustami z pelnym zestawem pieknie rownych bialych zebow, przewodniczac zjazdowi partii (w niedziele!). Tutejsi wpatrzeni sa jak w obrazek. Jesli nie ma relacji, pozostaje zawsze wlasnie obrazek - ze scian w prawie kazdym budynku Kikwete spoglada z usmiechem Mony Lisy na podwladnych.
A wlasciwie jest jeden pokoj, ktory wraca do naszych lask po poczatkowym automatycznym odrzuceniu i pozniejszym stwierdzeniu bezradnosci. Mysli o tragicznych warunkach akomodacyjnych i niemilosiernym dniu odpychamy od siebie jednak, skupiajac sie na poszukiwaniu przytulku laczacego w sobie funkcje jadalne (prawie nic nie wzielismy do ust od wczoraj) i telewizyjne (final mistrzostw swiata). Miejscowi taksowkarze wybieraja dla nas miejsce wprost nieprawdopodobnie nie pasujace do calego miasta, enklawe luksusu o mianie New Dodoma Hotel, gdzie w swoistym atrium, na otwartym powietrzu zamawiamy obiadokolacje, czekajac, az na ekranie rzutnika, miast upiekszonej dwoma mikrofonami facjaty roztaczajacego aure 'co-to-nie-ja' Kikwetego pojawi sie relacja z meczu upstrzona znienawidzonym rykiem vuvuzeli. Posilek (pyszny) pojawia sie po jakims czasie, ale mecz nie, mimo obietnic przymilnego kelnera. Wokolo niebezpiecznie kroluje jeden zestaw kolorow - koniczynkowa zielen z zoltymi wstawkami, barwy CCM, ktore powoli zaczynam w mojej glowie utozsamiac z rozpacza i bezradnoscia. Moje niepokoje potwierdzaja sie, gdy proba przelaczenia przekazu telewizyjnego na mecz wywoluje rwetes miejscowych, zadajacych pokazywania obrad kongresu partii! Nie wierzymy, otwieramy szeroko oczy i usta, z trudem lapiac oddech w przerazeniu, ze ten dzien z piekla zakonczy sie zejsciem do jegoz 9. poziomu, w ktorym nie puszczaja finalu mundialu.
Kikwete dostaje od partii ponad 99-procentowe poparcie dla planow niedalekiego startu o reelekcje i radosnie, wywolujac fale najwiekszego aplauzu wsrod zebranych na sali klakierow, mowi, ze czas konczyc obrady, bo... zaczal sie mecz. Nim relacja dobiega konca, nastepuje jeszcze seria przekazywanych na zywo - a jakze - usciskow, 'misiow', podziekowan i gratulacji. Ale my juz wtedy bylismy w hotelowym patio, gdzie byl telewizor, duzo bialych, lecial mecz i piwo smakowalo. Serca nam sie uspokoily, skorzystalismy kilkakrotnie z tutejszych ubikacji, pomni stanu szaletow w naszym guest house'ie i w spokoju ogladalismy, jak przez niedolestwo artystycznie upadajacego Arjena Robbena, najbrzydziej, tragicznie grajaca na tych mistrzostwach Holandia nie potrafi pokonac romantycznej Hiszpanii. Zwyciestwo mistrzow Europy ukoilo mi nerwy, pozwolilo nam na piechote powrocic do obskurnego pokoiku, rozlozyc spiwory, zaciagnac moskitiery i zasnac jak dzieci, bojac sie czy warto w tym miescie spedzic jeszcze jeden dzien.

Napisał adrian dnia 2010-07-12 o 12:53:59








Dodaj komentarz


Komentarze

A ja sie z Toba nie zgodze, poniewaz Hiszpania pierwszy ladny mecz zagrala na tych mistrzostwach z Niemcami, a polfinal Holandii z Urugwajem byl przepiekny :) Jednak fakt - Hiszpania byla w finale lepsza od Holandii, tylko szkoda, ze bramka byla ze spalonego :P

Karol
2010-07-17 02:01:28

chciałam coś dodać w kwestii "artystycznie upadającego Arjena Robbena". Mianowicie proszę odnotować fakt, iż chłopak ma dopiero lat 26, więc ma jeszcze czas by się rozwinąć. (Co prawda wygląda na lat 45, ale cóż to .....; sport zawodowy wyniszcza .....).

sistera Adriana
2010-07-13 16:27:41