avatar blog

Droga Coca-Coli

Marangu to inaczej droga Coca-Coli. Wejscia na Kilimanjaro sa mniej lub bardziej trudne i ta sciezka niby nalezy do tej pierwszej grupy. Jednak dla tak niewykwalifikowanych lazikow, kompletnie nieprzygotowanych sprzetowo i rzucajacych sie na gleboka wode z marszu jak my, okazala sie mimo wszystko wyczynem. Markowa geneza, skojarzenie marki z latwoscia, czy tez dostepnoscia czegos, jest tu symptomatyczne. Jadac przez Afryke, nie mozna nie zwrocic uwagi na rozpanoszenie sie amerykanskich 'brandow' napitkowych - sa tu obecne jak nic innego. W Egipcie, jak to we wszystkich turystycznie usposobionych krajach Maghrebu, mozna dostac wszystko. Nie licuje to z czasem ostentacyjnie hermetycznym Sudanem, ktory stal sie swoistym condominium... Pepsi.
Poza polityka i 'targetem' plciowym, nasze preferencje z Piotrkiem odbiegaja od siebie diametralnie na wlasciwie kazdym polu, wiec cierpialem w Sudanie rzeczonym na przymus chleptania rzeczonej Pepsi (Piotrek wprost przeciwnie), dziwiac sie wrecz dziwacznym trudnosciom w dostepie do Coca-Coli. Ta pospolu z McDonald's najbardziej z globalizacja kojarzona marka swiata wiedzie jednak prym wszedzie indziej, bowiem od Etiopii, przez Kenie, Tanzanie az po Malawi coca z cola zdaja sie byc synonimem slowa 'soda', ktore odnosi sie tu do wszelakich napojow gazowanych. Takze duza czesc afrykanskich butelkowanych wod mineralnych kontrolowana jest przez trzymajaca napoje grupe z Atlanty. Przy czym trzeba zaznaczyc, ze nie mowimy tutaj po prostu o jakiejs tam 'sodzie'. Zachodnie marki maja tu marke - tak jak otwierane w tempie geometrycznym w Polsce w latach 90. przybytki rzeczonego McDonald's zyskaly w oczach spragnionych kazdego przejawu nowoczesnosci nie do konca swiadomych konsumentow status restauracji, tak przegladajac sie w najczesciej zasyfionych, charakterystycznie smuklych butelkach Coca-Coli Afrykanie widza nagle kogos lepiej sytuowanego, kogos bardziej... skadinad.
W Etiopii mozna uswiadczyc przystanki autobusow miejskich wraz z dobudowanymi kioskami w barwach Pepsi, zas np. w Tanzanii do znudzenia powtarza sie ten sam motyw - nazwy restauracji wpisane w baner Coca-Coli ze zdjeciem profilu pieknej pani o sniadej cerze i kreconych wlosach, raczacej sie ciemnokrwistym napojem. Przybiera to rozmiary farsy w Malawi, gdzie mijalismy tabliczki z nawami ulic w tym wlasnie kolorze z wiadomo czego reklama z boku. Az dziw, ze tropem swej marki-siostry nie podazyly 'fast-foody' spod znaku zlotych lukow i klowna, ktorych ostatni bastion widzielismy z egipskim Asuanie - tej sieci nie ma w tej czesci Afryki nigdzie, nawet w najwiekszych tutaj skupiskach miejskich, co bialego czlowieka musi cokolwiek dziwic. Zwlaszcza, gdy skonfrontuje sie ow fakt z dostepnoscia przeroznych, liczonych w setkach bankow-krzakow, ktorych liczba jest odwrotnie proporcjonalna do zamoznosci danego spoleczenstwa. Jedyna szerzej na swiecie rozpoznawalna marka z tego sektora jest bank Barclays, obecny w krajach, w ktorych wyspiarze szukali niegdys zamorskiego Lebensraumu.
Jak w domu moga sie tutaj jednak czuc europejscy fani futbolu, przy czym daleko w tyle zostawia wszystkie swoje rywalki liga angielska. Niebywala wprost popularnoscia cieszy sie tutaj londynski Arsenal, co dziwi mnie tym bardziej, ze uwazam, iz trzeba miec sklonnosci sado-maso, by temu klubowi kibicowac... Koszulki tegoz 'teamu' - stare, juz nieaktualne, wyplowiale, pozaciagane - nosi tu cala zgraja dzieciakow. Dogonic swojego lokalnego rywala stara sie Chelsea, w ktorej gra afrykanski bog Didier Drogba, darzony na tym kontynencie estyma trudna do zrownania (kiedy na niedawnym mundialu wchodzil na boisko, by wspomoc druzyne Wybrzeza Kosci Sloniowej, tutejsi ogladacze wpadali w ekstaze). Ex aequo z klubem londynskiej bohemy plasuje sie tu slynny Manchester United, wyprzedzajac o kilka dlugosci inne pilkarskie legendy kontynentu, takie jak Barcelona, Juventus, Milan czy Inter - widok Masaja w stroju laczacym tradycyjna suknie z koszulka Juve robi wrazenie...
Inne kluby nie istnieja. No, istnieje jeszcze Cristiano Ronaldo, ale w swiadomosci tutejszych pozostaje graczem Man U., wiec Real Madryt tez nie istnieje.
Istnieja za to Robin Van Persie i Cesc Fabregas. Ci panowie dwaj - kopacze odpowiednio z Holandii i Hiszpanii - zdaja sie najbardziej elektryzowac wszystkich tutejszych sympatykow wspomnianego Arsenalu (zaiste, NIE potrafie sobie tego do konca wytlumaczyc). Ich nazwiska, cale w klubowych barwach - podobnie rzecz sie ma w przypadku okazywania sympatii dla gwiazd Manchesteru - zdobia tu szyby i lakiery samochodow tudziez minibusow. Pojazdy kolowe to juz glownie Azjaci, jako ze Toyota we wszelkich formach, od najpopularniejszego land cruisera (samochodu-synonimu safari), przez corolle po carine, zdaje sie tu byc standardem. Po pietach depcza jej wszelkiej masci Mitsubishi, Nissany, Mazdy i Isuzu, ktorych minibusy pozostana dla mnie nieodlacznym elementem afrykanskiego krajobrazu.
Van Persie, Fabregas, Rooney i Ronaldo jako spersonalizowane nazwy pojazdow prywatnych badz biznesowych przegrywaja w Afryce tylko z dwiema markami: Jezusem i Allachem. Oni sa niepodwazalni i choc czasem i przez niektorych traktowani sa cokolwiek bez zastanowienia, holubieni jakby z nadania, bija na glowe tez Coca-Cole, Pepsi i Toyote.

Napisał adrian dnia 2010-07-17 o 15:30:23








Dodaj komentarz