avatar blog

Bez tytulu

Wiesz jak jest, Pawelku. Jest niedziela. Dzien bozy. Trzeba zaczac modlitwa. Wyobraz sobie, ze kierowca autobusu na trasie Mzuzu-Lilongwe wylacza radio na postoju w miejscu wyjazdu, jeden z grupki gromadzacych sie powoli pasazerow wstaje i posrod ciszy intonuje modlitwe, prawdopodobnie 'Ojcze nasz', w dwoch jezykach, prawdopodobnie Chichewa i Suahili. Kiedy siada, z glosnikow ponownie leca zachecajaco spiewane piesni religijne - taki autokarowy gospel. Wiesz, jest niedziela. Dzien bozy.
Tuz przed stolica Malawi, religijne tlo ulega pokojowej, rozumiesz, przemianie i z eteru narrator solennym glosem, po angielsku tlumaczy, co Prorok Mahomet, Peace Be Upon Him, radzi w kwestii higieny (po wspolzyciu, menstruacji, 'mokrym' snie), modlitwy, ubioru w czasie tejze. Peace Be Upon Him. Po kilku godzinach, juz w Lilongwe, przesiadamy sie szybko w autobus do Dedzy, rzut kartoflem od granicy z Mozambikiem, na pokladzie ktorego objawia sie prorok poczatkujacy. Czlowieczek dosc mlody, o wygladzie zadziornym, ale otoczony aura dobrze poinformowanego, zaczyna swoj seans charyzmy, trzymajac w reku Biblie w wersji 'pocket' i szusujac w gore i dol alejki pomiedzy zestawami siedzen. Trwa to troche, gdyz ow osobnik o wygladzie Malcolma X (choc w lekkich, ledwo zauwazalnych okularach - jednym z ewidentnych tutaj atrybutow wyzszosci) powoli dolewa zajadlosci do ognia swej nieposledniej wiary. Mowi coraz glosniej posrod krzatajacych sie pomocnikow kierowcy, ktorzy niepostrzezenie gwalca juz ktoras torbe z rzedu, probujac wcisnac je wszedzie, gdzie nie ma czlowieka. Rownie niepostrzezenie chrzescijanski Malcolm X pobiera drobne datki, szybko gwalcac otrzymywane kwachowe banknoty i wtlaczajac je sobie do kieszeni. Jego notoryczne 'Ameny' i 'Alleluje' sa jak ogien dla lamp oliwnych naszych wspolpasazerow, a zaintonowane przez owego autokarowego pastora piesni (refreny naleza do niego) podchwytywane sa bez mrugniecia okiem. Pewnie bylbys rownie zdziwiony, jak ja. Ale on tu nikogo nie dziwi.
Tak zainaugurowany wypad to dopiero poczatek naszego wyscigu z czasem na oceaniczne plaze Tofo na poludniu Mozambiku, siodmego juz na naszej trasie kraju. Wyscigu z czasem nie musze Ci tlumaczyc. Zgodnie z tym, co Ci juz mowilismy, mamy 12 dni na dotarcie do Kapsztadu, co bialym niedowiarkom w rozleniwionym sloncem Nkhata Bay otwieralo szeroko oczy. Plan na dzis to trasa Nkhata-Tete. Ok. 800 km. Nie udaje sie. Konczymy dzien na jakims, rozumiesz, wygwizdowie kilkadziesiat kilometrow za granica mozambijska, na ktorej musielismy znow troche stracic na wymianie pienadza (wiesz, jak jest) i gdzie wypelnilismy wniosek wizowy m.in. z dwoma nastepujacymi po sobie pytaniami 'Have you ever before been to Mozambique?' i 'Have you ever been to Mozambique?' Zaznaczylem dwa razy nie, ale wiesz, co mi po glowie chodzilo... A to wszystko pod bacznym, wirtualnym okiem patrzacego z wysoka prezydenta tego nowego dla nas kraju, niejakiego Armando Emilio Guebuzy. Tez zawisl na obrazku. Smieje sie do siebie, bo to jakby Kikwete/Mutharika za jakies dwadziescia lat. Widac, afrykanscy bogowie musza spelniac bardzo okreslone wymogi wygladowe.
Wynajmujemy jakas klitke na noc bez mozliwosci spuszczania wody w klozecie, ale juz kojaco dziala cieplo jezyka portugalskiego, tego jezyka leniwego niedzielnego przedpoludnia, jak i absolutnie przepyszna kolacja w jakiejs przypadkowej jadlodajni znalezionej po ciemaku. Nawet sobie nie wyobrazasz, jak rozdraznia mnie chodzenie spac na glodzie... Piotrek juz wie. Pobudka wczesnie rano jest juz w naszych krwiach, wiec o tym nie bede Ci pisal. Lapiemy transport do Tete, gdzie trafiamy w proznie. Tutaj wszystko odjezdza w godzinach 4-6.00 rano i nawet jesli pojawisz sie gdzies o 6.30, jestes uziemiony na dzien caly. Decydujemy sie lapac ciezarowki. Cos przeciez musi stad odjezdzac do Tete! Nie lapiemy ciezarowki. Lapiemy wypasione BMW z klimatyzacja, zmieniarka CD i wytatuowanym Tanzanijczykiem za kierownica, ktory podwozi nas kilkadziesiat kilometrow od tego zapomnianego przez Boga Tete, skad nic nie chce odjezdzac. Dojezdzamy, rozumiesz, do jakiegos innego zapomnianego przez Boga miejsca, ktore jednoczesnie jest waznym skrzyzowaniem waznych krajowych arterii. Jedziemy na pace. Po raz pierwszy w Afryce jedziemy po prostu na pace, wraz z cala masa innych ludzi, w tym matkami z niemowletami, ktore na tym kontynencie prawie nie placza, nawet gdy wiatr z pedu samochodowego wciska im piasek we wszystko co nie daj Bog odkryte. Dojezdzamy gdzies, chyba tylko Ty wiesz gdzie. Ale jest tam targ i sa banany (od rana zjedlismy tylko jakies przydrozne frytki z niesamowicie zmyslnych frytkownic na otwartym powietrzu). Bierzemy kisc, ale pani nie ma jak wydac z czegokolwiek, wiec kupuje je dla nas pewien Senegalczyk. Mowi, ze tez jest przyjezdny, wiec nam pomoze. Dziekujemy i lapiemy ciezarowke, transport cementu do Beiry, ktory przejezdza przez upragnione Chimoio, a nawet zawiezie nas do polozonego nieopodal Chimoio skrzyzowania drog tranzytowych, gdzie tym latwiej zlapac cos do Maputo, czyli jednoczesnie do Inhambane czyli juz nad Oceanem Indyjskim, juz niedaleko dzwiecznie brzmiacego Tofo. Za cala dzisiejsza kilkusetkilometrowa podroz zaplacilismy lacznie 660 meticalsow, czyli ok. $19. Na dwoch. Kiedy ciezarowka rozladowuje cement, my jemy znow w przygodnej restauracji, znow pysznie, znow wykwintnie, a nasze zoladki, doswiadczajace dotad niemozebnego postu, sa w szoku, ze moga sobie potrawic. Mozambijskiej tradycji staje sie zadosc, gdy tuz po posilku marzen nocujemy w kompletnej dziurze, bodaj najgorszej na calej naszej trasie. Lozko ledwo podwojne zajmuje prawie cale pomieszczenie, materac jest materacem tylko z nazwy, nie ma moskitiery i zadnej ubikacji w poblizu, wiec nasze zeby musza nam dzis wybaczyc. Zasypiamy okolo 1.00 w nocy, wstajemy trzy godziny pozniej, myjemy rzeczone zeby na postoju autobusowym, pluczac je woda mineralna. Wiesz - rutyna. Podobno ok. 6.00 ma podjechac luksusowy wehikul autobusowy, ktory zawiezie nas do Mexixe po trzech dniach notorycznego zmeczenia i brudu. Tak sie tez dzieje, kierowca chce nas oszukac na sam koniec, ale po krotkim wnerwie mamy go szybko pomiedzy posladkami, bo przeciez zajadamy sie juz najlepszymi krewetkami naszych zyc! Jeszcze tylko prom do tego cholernego Inhambane, rozklekotany minibus do Tofo i osiagamy ocean, ktory sobie lubieznie chlupie dyrygowanymi przez ksiezyc slonymi falami. Indyjski. Juz spokojny.
Nie wiem, czemu wytatuowany kierowca BMW nazywal sie Joshua, a kierowca ciezarowki z cementem - Elias. Ostatnie trzy dni to szereg malych i duzych niewytlumaczalnych zdarzen. Generalnie dzialamy wbrew logice, bo juz rok Cie nie ma a jestes juz na Kilimanjaro, Pawelku, i niedlugo bedziesz w Kapsztadzie.

Napisał adrian dnia 2010-07-21 o 14:54:23








Dodaj komentarz


Komentarze

Czytam Cie regularnie, czasami zasmiewam sie tak, az totalnie niecenzuralnie musze pilnowac by nie popuscic w majtki, rozgladam sie potem zawstydzona... Talented bastard! A dzis, chocbym nie wiem jak sie zapierala odrywajac oczy od ekranu i patrzac na odlaniajacy brudny piasek odplyw... wycisnales mi kilka lez. Kocham Cie i jestem z Toba

Julia
2010-07-22 18:05:04