avatar blog

W drodze do Swazilandu

Tofo to jedno z najbardziej atrakcyjnych miejsc w Mozambiku. Przepiekne piaszczyste plaze, lasy palmowe, dobre i tanie jedzenie o ile ktos tak jak ja jest wielbicielem owocow morza. Jednoczesnie Tofo nas rozczarowalo bo poza tymi wymienionymi przeze mnie rzeczami nie ma nic wiecej do zaoferowania. Jest miejscem bez duszy, w ktorym pieniadze zarabiaja "turysci" z Afryki Poludniowej. Dlaczego turysci? Zaden z nich oraz innych obcokrajowcow nie ma bowiem pozwolenia na prace oraz pobyt. Aby legalnie zatrudnic obcokrajowca trzeba najpierw zatrudnic 15 tubylcow. To zdecydowanie zaporowa liczba. O ile jednak obywatele RPA nie potrzebuja wiz wjazdowych o tyle sytuacja "turystow" z innych nacji nie przedstawia sie tak rozowo. Co miesiac musza oni przekroczyc granice Mozambiku i uzyskac nowa wazna 30 dni wize. Do niedawna kosztowala ona 25 dolarow, a najblizsza granica oddalona jest od Tofo o okolo 600km. Mozambik zmienil jednak oplaty wizowe dla wszystkich turystow wjezdzajacych oraz przylatujacych do tego kraju. Na szczescie nowa 82$ oplata dotyczy tylko lotnisk i granicy z RPA. My przekraczajac granice z Malawi zaplacilismy jeszcze stara cene. Co wiecej zaden z "turystow" nie placi w Mozambiku podatkow, nie jest ubezpieczony. Niestety wlasciciele firm nie maja tez za bardzo innej opcji. Ilosc procentowa bezrobotnych (60%) jest bowiem rowna ilosci analfabetow co wydaje sie nie do pomyslenia w kraju, ktory jest stawiany za przyklad innym panstwom afrykanskim jesli chodzi o ekonomiczny rozwoj. Wiekszosc miejsc w Tofo nastawionych jest na zachodnich turystow w zwiazku z tym ceny tez sa mocno zachodnie - za chatke bambusowa z 2 lozkami zaplacilismy ponad 30 dolarow. Byla to najtansza opcja w miejscu oddalonym okolo 20 minut pieszo od centrum. Nazwa Bambuzi niestety nie bedzie nam sie dobrze kojarzyla.

W Tofo zastalo nas takze inne oblicze afrykanskiej zimy - deszcz i chmury, a niestety jedyna mozliwa rzecz do robienia czyli nurkowanie nie byla nam dostepna z racji ograniczen budzetowych . Czas stad wyjezdzac i dotrzec do stolicy Mozambiku Maputo. Wstalismy o rekordowo wczesnej nawet jak dla nas porze - budzik nastawiony na godzine 2:45, aby zlapac autobus pelen turystow, ktory zabral nas do kolejnej afrykanskiej metropolii. Tam znow problem z miejscami. Wchodzimy po 20 minutowym spacerze do miejsca o nazwie Base Backpackers i slyszymy - we are full. W tym momencie wychodzi Dave, ktory dotarl tu przed nami taksowka i ktorego poprosilismy o zarezerwowanie nam dwojki jesli jakas bedzie, i wskazuje na mnie - "this is Peter". Jak echo powtarza to niezwykle obficie wyposazona przez nature pani recepcjonistka ' ooo This is Peter". Jak zwykle mielismy szczesnie - trafila nam sie ostatnia dwojka, a nastepniego dnia zwalnialo sie miejsce w sali wieloosobowej - dwojki zarezerwowane do konca sierpnia.

Base Backpackers to kolejene miejsce na naszej liscie godne polecenia. Jego wlascicielem jest zwawy 40paro latek Luis. Czlowiek o niezwyklej wiedzy, wielonarodowych korzeniach (moze miec obywatelstwo 5 krajow) dla ktorego prowadzenie hostelu wydaje sie byc jedynie dodatkowo dzialalnoscia do tej analitycznej dla roznych struktur rzadowych. Opowiadal nam o czasach walki partyzantow z Renamo z rezimem komunistycznym. Co wiecej obecnie u wladzy jest ta sama ekipa co wtedy, a prezydentem owczesny komunistyczny minister spraw wewnetrznych. To tak jakby naszym prezydentem byl Kiszczak. Mozambik jest stawiany za wzor innym krajom, ale sam nie radzi sobie z wieloma problemami: budzet rozwojowy jest uzalezniony od pomocy innych krajow; drogi budowane przez chinczykow zwiazane sa z bezplatna dzierzawa olbrzymich polaci rolniczych terenow, z ktorych zywnosc wysylana jest do Chin; do tego dochodzi epidemia AIDS i zle wydawane pieniadze na profilaktyke (ponad 30% obywateli jest zarazonych). To tylko kilka z historii opowiedzianych nam wieczorem w recepcji przez naszego gospodarza. Pytamy sie o miejsca, w ktorych mozna usiasc i napic sie miejscowego piwa. Luis mowi nam Rue d`Arte - zamknietej slepej uliczce, na ktorej gra muzyka i ustawione sa stoliki. Udajemy sie tam o wskazanej przez niego godzinie (dowiozl nas taksowkarz, ktory nieco pomylil droge i zafundowal przejazdzke ulicami, na ktorych staly miejscowe pnny do towarzystwa. Przepiekne i przez nas nie chciane). Jest 23 - i jestesmy jedynymi goscmi. Czekajcie - mowi barman - pojawia sie. My jednak fundujemy sobie spacer nocnymi uliczkami Maputo mijajac po drodze spiacych ochroniarzy do Africa Club. Tam jednak 10$ cena za wejscie wydaje nam sie zbyt wygorowana i wracamy do Rue d~Art. Okolo 1 zqczeli schodzi sie goscie - niestety w przewazajacej czesci zachodni turysci. Spotkalismy kolejnego na naszej drodze fajnego Niemca (powoli robie sie germanofilem) i obserwujac tlum, popijajac miejscowe piwko 2 M (czyt. Dosz em), sluchajac milej muzyki, rozmawiajac o sprawach przeroznych od osobistych, poprzez podroznicze etc mijala nam noc.

Samo Maputo jest miastem, ktore moze sie podobac. Z olbrzymim portem, przepieknymi alejami palmowymi, nowoczesna zabudowa, ale takze kolonialnymi pozostalosciami. Np. Dworzec kolejowy zostal zaprojektowany przez ucznia Eiffla. Tak - tego od paryskiej wiezy. Jednoczesnie jest takze miastem biednych ludzi o czym swiadczy nasza rozmowa z miejscowa policja. Bon Dia - powiedzial do nas jeden z 2 policjantow.Na co my - no abla portugese. Dlasza rozmowa toczyla sie wiec lamana angielszczyzna - passport please - dajemy paszporty (obcokrajowcy maja obowiazek miec je zawsze przy sobie). Nasz pan policjant zerka na nie, niby czegos szukajac, ale jednak nie do konca. Po chwili mowi - can you buy me some food or coca cola? Na co my, ze biedni turysci; nie mamy zbyt wiele pieniedzy i nie mozemy mu nic dac. Pan wladza szukal po prostu pretekstu do lapowki.Czestym wybiegiem jest znalezienie jakiegos nieistniejacego bledu w wizie. Trzeba wtedy udac sie na komisariat policji i wszystko okazuje sie w pozadku. My na szczescie nie musielismy sie do tego uciekac. Pan policjant oddal nam paszporty, usmiechnal sie smutno i powiedzial - welcome to Mozambik. W Maputo zachcialo nam sie jeszcze wybrac na plaze. Przeplynelismy na druga strone zatoki gdzie widac bylo piekny, zlocisty piasek. Pytamy sie - gdzie jest plaza - pokazuja, ze wszedzie, ale jesli chcemy mozemy podjechac do oddalonego o 3km hotelu. Jedziemy i porazka - wstep na plyciutki basen - 10 dolarow. Po co nam basen skoro 5 metrow dalej mamy ocean. Zrozumielismy 5 metrow dalej. Zatoka Maputo to jeden wielki sciek, do oceanu splywaja nieczystosci z miasta, niestety odbija sie to takze na kondycji plazy, ktora oprocz gory smieci przybrala takze zielony kolor.Wrocilismy do miasta obserwujac prace miejscowych rybakow lowiacych olbrzymie krewetki krolewskie. To jedyny pozytywny aspekt naszej plazowej wyprawy. W Maputo szukajac miejscowego rynku (do ktorego ostatecznie nie doszlismy) kupujemy tshirty z wizerunkiem pierwszego prezydenta Samory Machela a la Che Guevara. Zglodnielismy i siadamy w niewielkiej knajpce blisko stacji kolejowej. Tubylcy patrza sie na nas jakby po raz pierwszy widzieli bialego. Zamawiamy kurczaka z frytkami i po coli. W pepnym momencie podszedl do nas jeden z nich i mowi - We in Mozambik like freedom. I want to buy you a beer. Po pierwszym dostalismy kolejene i kolejne zaznaczjac, ze to ostatnie. Nasza rozmowa byla nieco ograniczona zwazajac na nasza znajomosc portugalskiego oraz ich znajomosc angielskiego. Najbardziej kontaktowy okazal sie Fernando, ktory wstajac podpitym glosem wolal - when I shooo Poland (gdzie przy shooo nastepywal start samolotu poprzez podniesienie reki) I call my friend Peter and Adrian. Po 3 piwku zmykamy do hotelu podniesieni na duchu spotkaniem niezwykle otwartych tubylcow, znajacych sie na pilce noznej - znow Fernando - my name Fernando - jak Fernando Torres.
Wieczorne mycie i pakowanie i rozmowa z nowo przybylymi, z ktorych najciekawszym okazal sie byc jeden Kanadyjczyk pracujacy przy rurociagu w Omanie - caly w tatuazach, z kolczykami w uszach, jezyku i nosie oraz dredami. Pytam sie - jak sobie radzi z takim wygladem w muzulmanskim kraju. Nie mam problemu - odpowiada - ludzie sa otwarci i robia sobie ze mna zdjecia.

Nastepnego dnia niedziela - czeka nas podroz do Swazilandu - kraju do ktorego chcemy pojechac bo czemu nie - kolejnego po Malawi, ktorego nie bylo na naszej liscie. Na szczescie do niego nie potrzebujemy wiz. Na dworcu minibusow jestesmy juz o 7 rano. I w minibusie jestesmy pierwsi. Zapowiada sie dluugie czekanie - to dlatego, ze dzis niedziela - mowi kierowca - mielismy jechac tamtym - pokazujac na duzy autobus, ale ten maly szybciej sie zapelni.Do pelna poprosze trwalo 3 godziny. Jednymi z ostatnich podroznych okazala sie para starszych Amerykanow. Na granicy obylo sie bez zadnych problemow. W pewnym momencie podchodzi do nas Amerykanka i pyta sie - Are you from Poland? Gdy potwierdzamy odwraca sie do meza i wola - Greg - they are from Poland. Podchodzi do nas energicznie starszy Pan i mowi lamana polszczyzna. Mam na imie Grzegorz i moja babcia byla z Polska. Ona wyjechala do United State w 1900rok. Zaraz zaraz - przeciez wtedy Polski nie bylo nawet na mapie swiata... Jednak ten Amerykani wraz z zona, ktora po polsku nie mowi kultywuja gdzies tam nasze polskie tradycje takie np. jak pisanki.... Niesamowite i trudno wytlumaczalne uczucie. Para Amerykanow jest juz na emeryturze. Spedzili 2 lata w Lesotho udzielajac sie w Peace Corps, a obecnie doradzaja ministerstwu edukacji w Swazilandzie... Taka starosc to ja rozumiem.

Swaziland jest krajem, ktory wymyka sie nieco zwyczajnemu postrzeganiu panstwowosci. Istnieje dzieki Konwencji z Pretorii podpisanej w 1881roku, ktora bardzo mocno ograniczyla terytorium tego niewielkiego krolestwa. Poprzedni monarcha Sobhuza II byl najdluzej rzadzacym krolem swiata - od 1921 do 1982roku. Pozostawil po sobie niezwykly balagan jesli chodzi o potencjalnych spadkobiercow. Nie. Krol nie byl bezplodny. Mial jedynie 100 (slownie sto) zon, z ktorymi mial okolo 600 (slownie szescset) dzieci. Sama zaloba po smierci Sobhuza trwala 75dni i zostala zarzadzona przez najstarsza z zon Dzeliwe zwana pieszczotliwie Wielka Ona Slonica. W tym czasei wszyscy obywatele kraju musieli oplakiwac krola oraz wstrzymac sie od seksu pod kara chlosty. Wybor kolejnego monarchy zabral az 4 lata.Nowy krol Mswati III kontynuuje tradycje ojcowskie nie tylko jesli chodzi o liczbe posiadanych dzieci, ale i rozwiazywanie parlamentu. Obecnie ustruj zmierza ku monarchii konstytucyjnej. Swaziland jest bardzo maly i ma 1,1 miliona mieszkancow, z ktorych 39% (tak!) jest zarazonych wirusem HIV. Jest to potezny cios dla krajowej gospodarki uzaleznionej od wiekszego sasiada czyli RPA. Ceny w Swazilandzie sa porazajace - zestaw w KFC, do ktorego bylismy zmuszeni sie udac bo wszystkie restauracje w stolicy zamknely sie przed 17 (bo przeciez niedziela dzien bozy to trzeba odpoczac), kosztowal ok 25zl. Male piwo - to koszt 5 zl w sklepie. Naprawde niesamowite patrzac na stopien zamoznosci spoleczenstwa. Stolica kraju Mbabane, w ktorej spalismy to miasto zyjace tylko do zachodu slonca. O godzinie 17 zamiera, ludzie spedzaja czas wolny w domach. Nastepnego dnia chcielismy zlapac busa do Johanesburga - najwiekszego miasta RPA oddalonego od Mbabane o ok 400km. o 6 rano udalismy sie na dworzec majac nadzieje zlapac pociag do Kapsztadu o godzinie 12.30. Niestety z Mbabane wyjechalismy dopiero o 9. Pociag odjechal mniej wiecej wtedy gdy mijalismy tablice - Johanesburg 140km...

Napisał piotr dnia 2010-07-27 o 18:56:43








Dodaj komentarz


Komentarze

no coz...troche opoznienia, ale bylebyscie na samolot zdazyli ;) no i czekamy na Was :) teraz to juz nic, tylko korzystac z urokow Afryki przez te kilka ostatnich dni no i czas na kupowanie pamiatek... ( nie zebym sugerowal jakies prezenty :D )

Karol
2010-07-27 23:49:16